
Wywiad z Markiem Staniszewskim, członkiem zarządu Young & Rubicam Polska i Dyrektorem Zarządzającym BAV Consulting, przeprowadzony przez Natalię Hatalską dla portalu hatalska.com
NH: Czy marka ma dziś jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
MS: Marka jeszcze nigdy nie była tak ważna, jak dziś. Wynika to głównie z efektu obfitości ofert i obietnic, jakie nas (konsumentów) otaczają. Pomimo kryzysu, żyjemy przecież w gospodarce nadmiaru: ilość i różnorodność wariantów i rodzajów produktów czy usług przekłada się na wielość sposobów, przy pomocy których możemy zaspokajać nasze potrzeby. W jaki sposób wybierać spośród takiej różnorodności? Jakimi posługiwać się kryteriami? W tak złożonym otoczeniu żadna decyzja zakupowa nie może być dokonana w sposób racjonalny, a otaczający nas świat możliwości wymaga coraz szybszego podejmowania decyzji – nie możemy stracić żadnej szansy!
NH: Faktycznie, o racjonalności nie może być mowy. Badania wskazują, że 60% decyzji zakupowych podejmowanych jest pod wpływem impulsu.
MS: W sytuacji braku pełnej informacji, musimy podejmować decyzje na podstawie innych przesłanek niż krytyczny, racjonalny osąd.Tak jak Pani zauważyła, coraz więcej decyzji podejmujemy pod wpływem impulsu. Emocje, impulsy, nastawienia czy chwilowe poruszenia popychają nas w kierunku tej, a nie innej oferty. Marki znakomicie się przydają w takim środowisku.
NH: Ale dla konsumentów najważniejsza jest przecież cena…
MS: Co do ceny – takie stwierdzenia padają zawsze podczas badań. Są to puste deklaracje. Co bowiem może powiedzieć normalny człowiek zapytany, czym się kierował, kupując jogurt, odzież czy sprzęt elektroniczny. Przecież każdy chce uchodzić za istotę z gatunku sapiens. Cena, jakość czy dostępność zawsze będą pojawiać się na pierwszym miejscu w deklaracjach. Jak ktoś jednak trafnie zauważył: ludzie nigdy nie mówią tego, co naprawdę myślą i nie robią tego, co mówią…
NH: Co to jest marka w takim razie? Pamiętam kiedyś słynny spór Marka Ritsona z easyGroup - Mark Ritson twierdził, że produkty z ich oferty (easyJet, easyCar etc.) nie są markami, bo jedyne, na co stawiają to cena. Czyją stronę “trzyma” Pan w tym sporze?
MS: Sam spór wydaje mi się bezzasadny więc nie opowiem się za żadną ze stron. Ważne jest nie tylko to, na co stawia marketer, jakie są jego intencje i zamiary, ale także to, co o tym myśli druga strona: nabywca, konsument. Z jednej strony widzimy więc np. budowanie przewagi konkurencyjnej w oparciu o cenę, a z drugiej zestaw skojarzeń, przekonań, nastawień powiązanych ze znakiem towarowym, nazwą, symbolem graficznym. Jeśli zaczyna pojawiać się tego rodzaju relacja, to należy wówczas mówić o marce. Nie istnieje jednak prosta odpowiedź na pytanie czym jest marka, ponieważ marka jest bardzo złożonym zjawiskiem. Jest przecież, nie tylko marketingowym określeniem, ale jako byt symboliczny jest również fenomenem kulturowym, jako np. sposób ekspresji jest zjawiskiem społecznym itp.
NH: Skoro marka to skomplikowane zjawisko, jak w takim razie rozumieć ją w praktyce? To ważne przecież.
MS: Z punktu widzenia potrzeb marketingowych, doskonałym narzędziem do rozumienia marki jest BrandAsset Valuator. Jest to nie tylko badanie, ale przede wszystkim oryginalny paradygmat opisujący markową rzeczywistość. Cztery wymiary (zgodnie z nomenklaturą badania „filary”), na które składa się oryginalność i unikalność obietnicy, jej adekwatność do ludzkich potrzeb, przewidywalna jakość i popularność oraz gromadzone w czasie doświadczenia – dopiero te wszystkie aspekty tworzą i definiują markę.
NH: Czy marketerzy nie przesadzają jednak z tzw. “emotional branding” - wszyscy chcą teraz tworzyć marki, które musimy kochać. Ale czy musimy na pewno kochać margarynę albo proszek do prania? Czy emotional branding nie powinien być zarezerwowany wyłącznie dla produktów z kategorii “lifestyle”?
MS: Kochać można kogoś, a margarynę polecam rozsmarować na bułce i zjeść. To oczywiście absurd i groteska, jeśli mówimy o budowaniu „miłości do marki” w przypadku płynu do czyszczenia toalety, czy preparatu na hemoroidy. Zresztą każdy tzw. branding jest „emotional” ponieważ na tym właśnie polega istota brandingu – tworzone jest pewne nastawienie, a to kwestia głownie emocjonalna. Nie bardzo też wiem na czym – alternatywnie – miałby polegać „rational branding”? Marka, jak Pani słusznie zauważa, w różnych kategoriach pełni różne role. Osobiście bardzo sobie cenię tzw. teorię archetypów - marki zaspokajają nasze nieuświadomione oczekiwania, przyjmując pewne uniwersalne role: „opiekunów”, „strażników”, „uwodzicielek” itp. Rzecz jasna, każda kategoria ma inny archetyp wiodący (co nie jest sprzeczne z tym, że w jednej kategorii może funkcjonować kilka archetypów…). Od linii lotniczych, banku czy towarzystwa ubezpieczeniowego wymagamy przecież czegoś zupełnie innego niż od oleju silnikowego, batonika z czekolady czy wody mineralnej. Podobnie, jak w życiu – oczekujemy różnych, ale raczej wyraźnie określonych ról od różnych ludzi. Przykładowo - ktoś jest autorytetem i specjalistą od ochrony, jego rolą jest nas strzec, a czasem wręcz pouczać. Kto inny zaś ma nas bawić i dbać o beztroski nastrój. O ileż prostsze jest nasze życie, kiedy wiemy, czego i od kogo można się spodziewać! Nie idziemy raczej do lekarza, by opowiadał nam głupawe dowcipy, a wybierając się do cyrku, nie spodziewamy się filozoficznej debaty na temat sensu egzystencji. Oczywiście różne role, funkcje i znaczenia mogą się przenikać, krzyżować i łączyć, jednak „uwodzenie” raczej pozostanie rolą kosmetyków, biżuterii albo słodyczy.
NS: Dlaczego?
MS: Robiliśmy w BAV Consulting analizę 1300 marek badanych w Polsce. Okazało się, że w grupie tych najsilniejszych znalazły się stacje TV, rozgłośnie radiowe, i większość produktów FMCG. W grupie marek najsłabszych głównie brandy usługowe (banki, linie lotnicze, TU, sieci retail). Kiedy na te wyodrębnione zbiory nałożyliśmy archetypy (Y&Rchetypes) okazało się, że w grupie marek najsilniejszych i najbardziej zróżnicowanych dominują archetypy reprezentujące: uczucia, zmysłowość, marzenia, idealizm, energiczność i zmianę. W grupie marek najsłabszych głównymi archetypami były te, które odpowiadają za: wiedzę, myślenie, systematyczność, organizację, ochronę, kontrolę i stabilność. Marki najsilniejsze okazały się więc bazować na emocjach i obietnicy zmiany, marki najsłabsze na racjonalnym wyborze i zachowaniu status quo. Tendencja ta zgodna jest z powszechnymi w marketingu klasyfikacjami produktów i usług zgodnie z ich rolą, przeznaczeniem, ryzykiem zakupowym, wagą gwarantowanej jakości i sposobem podejmowania decyzji. Niby nic nowego. Okazuje się po prostu, że im lepiej marka potrafi odczytać nasze oczekiwania i potrzeby w kontekście produktu, usługi, która się pod nią kryje, tym większą ma szansę na sukces. A od różnych produktów po prostu oczekujemy różnych rzeczy…
NH: Ostatnio bardzo popularny jest też termin “brand experience”. Co on konkretnie oznacza i skąd jego wielka popularność obecnie? Doczekaliśmy się nawet experiential marketingu przecież. Czy doświadczenie z marką nie było ważne zawsze?
MS: Z rozkoszą wpisuję to pojęcie na listę naszej gry pt. „Strategy Bullshit Bingo”. A, poważnie - rozumiem ideę planowania doświadczeń konsumenta na wielu poziomach obecności w różnych punktach kontaktu, działając na wiele zmysłów. Budowanie świata marki to jedno z zadań marketingu. I tyle.
NH: Czy w takim razie w Polsce stosuje się strategię marki? Czy nie jest tak, że w Polsce brand menedżerowie zajmują się przede wszystkim komunikacją?
MS: O strategii marki wiele się wciąż jedynie mówi, jak o każdej strategii. I nie tylko w Polsce. Jednak widać wyraźny progres w myśleniu strategicznym. Polskie marki prowadzone są coraz rozważniej i coraz częściej w oparciu o długoterminową wizję. To efekt krzywej uczenia się. Wystarczy jeszcze jedno, dwa pokolenia, 40-50 lat doświadczeń i będzie naprawdę dobrze. Nie mówię tego cynicznie. Czas to najważniejsza zmienna w marketingu.
NH: Odnoszę też wrażenie, że BM tworzą marki jakby obok konsumentów. Owszem, mają dostęp do badań, statystyk, danych etc., ale żyją w zamkniętym świecie i nie do końca wiedzą, jak konsumenci korzystają z ich marek, co naprawdę o nich myślą. Mało jest marek, które prowadzą prawdziwy dialog z konsumentem (ostatnio tę strategię zaczął stosować Windows - zaskakujące! - launch WIndows7 oparty jest na dialogu z użytkownikami). Dlaczego BM boją się rozmawiać ze swoimi konsumentami? A może nie boją się, a to wycofanie spowodowane jest czymś zupełnie innym?
MS: Rozmowa z konsumentem, jak każdy rodzaj sensownego dialogu jest niezwykle trudną sztuką. Może być także sztuką śmiertelnie niebezpieczną – wszyscy pamiętamy, jak skończył Sokrates, który zachęcał do rozmów na agorze…J Przede wszystkim dialog zakłada pewną minimalną otwartość po obu stronach i dobrą wolę. Zakłada też poczucie własnej wartości, posiadanie jakichś przekonań. Jeśli jedna ze stron nie spełnia tych warunków, to mamy do czynienia z monologiem, przemocą słowną, paternalizmem albo dyktaturą poglądów. Prowadząc dialog, trzeba być również przygotowanym na to, że to, co mówimy może być poddane ostrej krytyce, jeśli nie mamy dobrych argumentów, to mamy poważny kłopot…
NH: Jak ocenia Pan w takim razie obecny na rynku internetowym trend tworzenia wielu niezależnych marek (odrębnych serwisów w domenach .pl)? Czy te serwisy w ogóle można uznać za marki? Czy raczej mamy tu do czynienia ze strategią Starbucksa (otwieram kilkadziesiąt kawiarni na małym obszarze, a po roku bez skrupułów zamykam te, które nie przynoszą zysku?)
MS: Internet tworzy doskonałe warunki do eksperymentowania. Nazywam to strategią dywergencji – najlepiej opisał ją Karol Darwin. Jeśli posiadamy odpowiednie zasoby, to nie tylko można, ale wręcz należy tworzyć tu jak najwięcej odmian, wariantów, nowych podmiotów. Następnie je obserwować. Likwidować to, co nie działa, udoskonalać i znowu różnicować, to co zapowiada się obiecująco. To jedyna szansa nie tyle na sukces, co na przetrwanie. Który z tych serwisów będzie marką? Nie mam pojęcia. Sami użytkownicy o tym zdecydują, oceniając w działaniu funkcjonalność, wygodę, prostotę, praktyczność itd.
NH: Przy okazji – na początku kwietnia Starbucks otworzył w Polsce swoją pierwszą kawiarnie. Na Zachodzie marka ta boryka się obecnie z problemami, a w Polsce jest synonimem luksusu. Skąd ta różnica w podejściu?
MS: Wydaje mi się to proste: wciąż jesteśmy daleko w tyle w wielu dziedzinach codziennego życia za Europą Zachodnią czy USA. Ciągle tęsknimy za prawdziwymi autostradami, politykami z klasą i innymi objawami tego, co nam się wydaje „cywilizowanym” sposobem życia…O marce Starbucks nie chciałbym za dużo mówić – poświęciłem jej niemal cały rozdział książki „Strategiczny podstęp”, która niebawem ukaże się na rynku.
NH: Ok, w takim razie jakie znaczenie mają marki podczas recesji? Czy w trudnych finansowo czasach marki powinny zmieniać swoją strategię?
MS: Dziś marki jako instytucja przeżywają poważny kryzys zaufania (wiele ciekawych rzeczy powiedział na ten temat John Gerzma w „Brand Bubble” – warto odwiedzić jego bloga). Nadmuchana bańka obietnic zaczyna pękać coraz głośniej. Ludzie zorientowali się, że marki posiadły biegłość w wodzeniu na pokuszenie, jednak omamieni obietnicami zamiast obiecywanych cudów coraz częściej znajdowali pośledniej jakości chińską produkcję, w dodatku coraz gorzej opakowaną. Podstawy wymiany handlowej wciąż oparte są na zaufaniu i wartości – jeśli nie ma wartości, to nie ma szansy na zbudowanie marki… W sytuacji zmiany trzeba umieć się odnaleźć i adaptować do otoczenia. Należy więc zmieniać strategię – od tego właśnie jest przecież strategia i tym się różni od planowania. Elastyczność i zdolność reakcji zawsze musi być wpisana w strategiczne myślenie.
NH: A co z markami luksusowymi?
MS: Marki luksusowe? Jeśli ich obietnice są prawdziwe, takimi pozostaną, jeśli nie, to pojawią się nowe… Punkty aspiracji wciąż zmieniają swoje położenie, wczoraj „odrobiną luksusu” było pachnące mydło, a dziś np. możliwość NIEużywania telefonu komórkowego i czas wolny…
NH: Jak według Pana będzie wyglądało zarządzanie marką w przyszłości? W 2012, 2120, czy 4000 roku?
MS: Nie wiem. I nikt tego nie wie. Na szczęście nikt jeszcze nie wynalazł skutecznej metody przewidywania przyszłości. Może w ogóle nie będzie marek? Albo zarządzania? Bawiąc się jednak we wróżkę i zakładając, że kapitalizm nadal będzie dominantą gospodarczą, a rosnąca moda na ekologię, fair-trade i zrównoważony rozwój nie doprowadzą w konsekwencji do zakazu rentownej działalności gospodarczej, to zarządzanie marką będzie polegało na tym samym, na czym polega dziś: na zwiększaniu zysku poprzez łączenie dobrego produktu z opowiadaniem ludziom ciekawej historii na jego temat. Zarządzanie marką coraz bardziej przesuwa się w stronę zarządzania znaczeniem marki, jej symboliką, budowaniem metafor i rozciąganiem ich wokół określonej funkcjonalności zakotwiczonej w produkcie. Wymaga to coraz większej zręczności w łączeniu „twardej” wiedzy biznesowej z głębokim rozumieniem ludzkiej natury i motywów naszego postępowania. Intuicja będzie coraz ważniejsza, stąd jedna różnica, która da się zauważyć na pierwszy rzut oka to ta, że marketing zostanie zupełnie zdominowany przez kobiety…
NH: Marki, które lubi Pan najbardziej? I dlaczego?
Najbardziej lubię: Zippo, Nokia, Google, WOŚP i chyba właśnie Starbucks. Dlaczego? Bo nigdy się na nich nie zawiodłem.
Idea CSR została porwana przez wielki biznes i stała się rodzajem figowego listka, zakrywającego nieuczciwe praktyki. Albo koncepcją, którą można się pochwalić w raporcie rocznym. Na szczęście są też firmy, które społeczną odpowiedzialność traktują o wiele poważniej i wpisują ją w DNA swojej marki. Należy do nich Grameen Bank, stworzony przez Muhammada Yanusa, laureata pokojowej Nagrody Nobla z 2006 roku.
Misją tej instytucji jest dostarczenie mikropożyczek biednym mieszkańcom Bangladeszu, którymi ze zrozumiałych względów nie interesują się komercyjne banki. Co ciekawe, Grameen Bank ma najwyższy procent spłaconych kredytów i pożyczek w całym sektorze finansowym, o wiele wyższy niż banki nastawione tylko na zysk. Dzięki mikropożyczkom wielu biednych wychodzi z ubóstwa. Dotąd ci ludzie byli poddani finansowemu apartheidowi i nie mieli możliwości ubiegania się o to, co jest siłą napędową kapitalizmu – czyli o kredyty i kapitał.
Przekonanie, że zysk ma także wymiar społeczny i ekologiczny, wyróżnia również amerykańską księgarnię Better World Books, oferującą książki używane. Trafiają one na ogół na śmietnik lub na przemiał, zostawiając węglowy odcisk na środowisku, choć do ich produkcji wykorzystywano pewną ilość nieodnawialnych surowców i energii. Założycielem księgarni nie podoba się takie marnotrawstwo. Better World Books część zysków przeznacza na specjalny fundusz i akcje promujące czytelnictwo na całym świecie, między innymi w Afryce i w amerykańskich więzieniach.
Społeczna odpowiedzialność biznesu jest ważna szczególnie dzisiaj. Obecny kryzys jest w wielkim skrócie kryzysem zaufania do marek. Czas na nowo zaskarbić sobie zaufanie konsumentów, które zostało nadużyte.
Grzegorz Kosson
Internetowa kula śnieżna toczy się coraz szybciej. Google wprowadza nowe produkty częściej niż kiedykolwiek, Facebook rośnie w siłę (65 700 000 odsłon w lutym 2009), a niepozorny na pierwszy rzut oka Twitter zanotował wzrost ruchu o 1380% w porównaniu do poprzedniego roku (Badania Nielsen Online). Pełnoletni już w Polsce internet – pierwszy e-mail na Wydziale Fizyki UW wysłany został w sierpniu 1991 r. - objął swym zasięgiem ponad połowę Polaków. Tym bardziej paradoksalne jest więc to, że mimo zaawansowanej technologii wynikającej z natury medium, mimo dużych badań i licznych statystyk, wciąż niewiele wiemy jaki charakter ma ów „zasięg” oraz, co może najistotniejsze, jaka jest ta „połowa Polaków” i co różni ją od tej drugiej, nie objętej magicznym zasięgiem.
Paradoks ten jest jeszcze bardziej wyraźny, kiedy zajrzymy tam, gdzie odpowiedzi na wymienione pytania można by się spodziewać w pierwszej kolejności - w miejsca, gdzie badania łączą się z internetem. Wydawałoby się bowiem, że internet, umożliwiający (wbrew odchodzącemu w niepamięć przekonaniu o anonimowości w sieci) zbieranie danych na temat odwiedzanych stron, liczby i czasu wejść na dane witryny, śledzenie kliknięć, powracających użytkowników czy zawartości koszyków w sklepach internetowych, jest świetnym nowym polem badań dla badaczy. Z drugiej strony wszystkie cechy internetub- powszechność, niski koszt dotarcia, czy np. możliwości wprowadzania szybkich zmian w treści - sprawiają, że sieć jest świetnym miejscem prowadzenia szybkich, niedrogich i precyzyjnych badań marketingowych np. za pomocą ankiet.
Niestety, sądząc po wnioskach z konferencji Internet w Badaniach (Wrocław, 6 marca 2009 r.) oraz spotkania Klubu Badacza PTBRiO (Warszawa, 18 marca 2009 r.), oba te sposoby patrzenia na internet - jako na źródło ogromnej ilości danych oraz jako na świetne pole do egzekucji niedrogich, a obszernych badań - to coraz bardziej ślepe badawcze uliczki, częściej wąskie i bardziej wyboiste niż na początku sądzono. Okazuje się bowiem, że kłopot zaczyna się już w momencie interpretowania zebranych informacji.
Dane zbierane cyfrowo pochodzą z tzw. cookies – „ciasteczek” zostawianych nam na dysku przez np. odwiedzane witryny. „Ciasteczka” są jak ślady mówiące o tym gdzie byliśmy i czy jesteśmy nowi, czy nie. Kiedy wchodzimy ponownie na tę samą stronę, która wcześniej poczęstowała nas swoim „ciasteczkiem”, wizyta jest odnotowywana, ale nie jesteśmy „liczeni” jako unikalny użytkownik. Strona pamięta bowiem naszą wizytę z tego samego dnia i np. nie serwuje nam reklamy, którą już widzieliśmy. Jednakże cookies są kłopotliwe w badaniach - z jednego komputera korzysta czasem kilka osób w rodzinie. Załóżmy, że każda z tych osób odwiedza ten sam portal - wtedy mamy do czynienia z niedoszacowaniem unikalnych użytkowników: jest ich kilku, a liczeni są jako jeden. Z drugiej strony, coraz więcej osób korzysta z internetu w kilku różnych miejscach, na kilku urządzeniach. Jeśli odwiedzasz tę samą stronę na swoim laptopie pijąc poranną kawę, następnie podczas przerwy na komputerze w pracy, a potem przez telefon łącząc się przez GPRS czy WiFi, to możesz być liczony jako unikalny użytkownik co najmniej trzykrotnie. A to może oznaczać spore przeszacowanie. W świecie twardych danych ilościowych badań i tam gdzie ich wyniki są implementowane, choćby przy zakupie mediów, zapewnienie, że owe przeszacowania i niedoszacowania nawzajem się znoszą nie brzmi zbyt wiarygodnie. Dodatkowo, część użytkowników ma zwyczaj usuwania cookies. Choć niektóre witryny w badaniu Megapanel udostępniają audyt site-centric, co pozwala na wyliczenie korekty uwzględniającej algorytm eliminujący efekt kasowalności „ciasteczek”, to jednak dane, które aspirują do bycia bardzo dokładnymi informacjami tracą część ze swej precyzji już na etapie metodologii ich zbierania.
Nie oznacza to oczywiście, że statystyki pochodzące z Megapanelu PBI/Gemius są mało wiarygodne czy nieprawdziwe, zwłaszcza że badacze są świadomi wszystkich metodologicznych trudności i starają się je statystycznie eliminować. Natomiast fakt, że „cyfrowe” dane pochodzące z panelu badawczego (o badaniach panelowych czytaj dalej) i tak muszą być ręcznie doważane do danych pochodzących z analogowego badania NetTrack MillwardBrown SMG/KRC, by odzwierciedlić w panelu strukturę polskich internautów i móc jako tako estymować dane na populację pokazuje, że silnie obstawiana przez badaczy precyzja po drodze ucieka. Ucieczki te obserwują właściciele dużych witryn, jak Onet.pl, Wp.pl czy Interia.pl, kiedy porównują swoje dane site-centric (także obarczone częścią w/w błędów) do danych Megapanelu PBI/Gemius.
Problem estymowania danych na populację dotyczy zwłaszcza drugiego sposobu patrzenia na internet - jako na świetne pole do przeprowadzania stosunkowo niskim kosztem obszernych badań marketingowych. Badania takie najczęściej również mają charakter panelowy - oznacza to, że firmy badawcze mają pewną ilość rekrutowanych wcześniej respondentów, którzy zgadzają się ujawnić swoje dane demograficzne i odpłatnie brać udział w badaniach on-line. W zależności od tematu i treści badania, spośród respondentów dobiera się próbę uwzględniając kryteria demograficzne. Część firm lubi mówić o takich próbach jako o reprezentatywnych, co zawsze budzi wątpliwość. Dla kogo bowiem mogą być one reprezentatywne: czy dla populacji, tak by dane z badania można było uogólniać na dorosłych Polaków? A może chociaż dla populacji polskich internautów? Wydaje się jednak, że nawet biorąc pod uwagę liczbę panelistów w tego typu badaniach i prawo wielkich liczb, grupa ta może być silnie skrzywiona ze względu na swoje motywacje wzięcia udziału w panelu. Zarówno motywacja finansowej gratyfikacji, jak i motywacja możliwości wpływu na kształt produktu, reklamy czy marki może być zmienną zakłócającą i powodować, że wśród osób biorących udział w panelu mamy nadreprezentację „etatowych klikaczy” oraz „fanatyków brandingu”. Statystyka radzi sobie z outsiderami, jeśli ich wyniki odstają od próby, ale skrzywienie całej próby może wpływać na wyniki, a tym bardziej na możliwość przekładania ich na populację wykraczającą poza próbę.
Oba opisane wyżej podejścia do badania internetu czy badań w internecie mają nadal swoje zastosowania, choć są one mniej nośne i węższe niż sądzono. Badacze pracujący w obu tych podejściach, natrafiając na przeszkody metodologiczne, w istocie osiadają jednak na rafach wspólnego dla tych dwóch podejść paradygmatu. Usiłują pochwycić i uczynić przejrzystymi niezliczone ilości informacji, by móc wskazać na ich podstawie swym klientom kierunki działań marketingowych w świecie realnym i wirtualnym. Używają jednak do tego narzędzi coraz mniej adekwatnych, będących prostym przełożeniem znanych papierowych ankiet, wywiadów grupowych czy testów. W tym paradygmacie przyjęte jest założenie, że działania internautów, ich zachowania w sieci, wybory, jakich dokonują są przekładalne na działania w off-line’owej społecznej rzeczywistości. Założenie to mówi, że jako konsument chcący kupić telewizor mogę poradzić się przyjaciela czy sąsiada, wyrobić sobie opinię na temat marek, pójść do sklepu, porozmawiać ze sprzedawcą, porównać ceny i (będąc „tak naprawdę” pod wpływem reklamy ATL czy POS) dokonać zakupu. Analogicznie, jako konsument internetowy mogę zasięgnąć opinii w odpowiednim serwisie konsumenckim, porównać specyfikacje i ceny w porównywarce, poszperać po forach i dokonać tańszego zakupu (będąc „tak naprawdę” zwiedzionym bannerem czy AdWordsem).
Analogia zakupowa zabija jednak to, co w internecie zdaje się być najważniejsze. Sieć to dziś nierównoległy w stosunku do „realu” liniowy świat, gdzie można stosować proste analogie. Internet jest alternatywną rzeczywistością, mającą niezliczoną liczbę punktów przecięcia z nie-internetem. Dzięki tej rzeczywistości, jako konsumenci, czy coraz częściej członkowie różnych społeczności, uczestniczymy w różnorakich wydarzeniach, doświadczamy całej gamy nowych doznań i wrażeń, jesteśmy świadkami niespotykanych dotąd zjawisk. Komunikujemy się, tworzymy nowe relacje lub zmieniamy formę już istniejących. Internet jest więc dla badaczy źródłem nowych wglądów, nieznanych dotąd informacji o naszych zachowaniach i opiniach. Do tej dynamicznej, nowej i wyjątkowo zasobnej w dane rzeczywistości tradycyjne ankiety, podczas których internauta siedzi i klika, po prostu nie pasują. Jest to dla internetu nienaturalne. Z kolei metodologia, w której mowa o reprezentatywności względem populacji czy średniej miesięcznej liczbie odsłon mierzonej w milionach, zdaje się nie doceniać społeczności badanego medium, rozdrobnienia grup docelowych, do jakich można docierać za pośrednictwem sieci, czy bardzo specyficznych dla tych grup zachowań.
Przejawami zmiany paradygmatu badawczego związanego z internetem są próby przejścia od badań w internecie, czy badań Internetu, do badań internautów i badań sieci internetowych jakie internauci tworzą. Takie sieci to plątanina połączeń przypominająca połączenia między neuronami. Daje to bogactwo informacji: i tych bezcennych, i tych pozbawionych sensu. Badania społeczności internetowych, których prekursorem w Polsce jest dr Jan Zając, pomagają zrozumieć to bogactwo, dając możliwość wykorzystania naturalnych liderów opinii (to ci z dużą liczbą realnych znajomych na Facebooku;-), pozwalając uniknąć błędów wynikających z deklaracyjnego charakteru danych czy umożliwiając badania całych internetowych populacji. Badania społeczności internetowych mogą pomagać w badaniach decyzji zakupowych czy rozprzestrzeniania się trendów i innowacji. Co ważne, prowadzone są one we w pełni zgodnym z naturą internetu paradygmacie, wykorzystując kontekst społeczny zachowań jednostki w sieci. Z kolei badania przeprowadzone przez SWPS i Gazeta.pl w ramach projektu „Diagnoza internetu” pokazują jak, bez aspirowania do reprezentatywności dla całej Polski, można badać złożone i specyficzne zachowania internautów w ich naturalnym środowisku, nie zaprzeczając jednocześnie jego istocie.
Rozwój podobnych projektów badawczych zdaje się być bardzo perspektywicznym kierunkiem dla badań internetu. Powinni zainteresować się nim przede wszystkim duże firmy badawcze, ale także klienci firm badawczych, a nawet klienci agencji reklamowych. Zrozumienie natury internetu, nauczenie się jak wykorzystywać bezcenne informacje zawarte w sieciach społecznościowych, forach czy blogach, poznanie złożoności zachowań konsumentów w sieci z pewnością będzie się bardzo opłacać. By wykorzystać energię toczącej się kuli śnieżnej jaką jest internet, niepotrzebna jest dokładna znajomość jej masy czy średnicy. Nie można także dać się uśpić kuszącej myśli, by pęd i tor ruchu tej kuli kontrolować. Kulę warto, używając odpowiednich metod, próbować zrozumieć w jej dynamicznej istocie.
Bartosz Szymczyk (Search Planner)
Silna marka osoby = większe prawdopodobieństwo sukcesu
Kluczowy wniosek z analizy danych pochodzących z raportu ARC brzmi: bez przyjęcia długoterminowej strategii oraz konsekwentnej jej realizacji nie ma sensu zatrudniania celebrytów w reklamach marek.
W pierwszej piątce najbardziej rozpoznawalnych i powiązanych z marką nazwisk znalazły się gwiazdy dużego kalibru, o ugruntowanej pozycji oraz wyrazistym wizerunku (na który osoby te pracowały przez długie lata). Wyjątkiem jest tu kabaret Mumio, który także jest aktywny (udział w filmie, ciągłe występy i nowe projekty). M. Kondrat, B. Dykiel, P. Fronczewski, Z. Chajzer, W. Mann to po prostu bardzo silne marki, przeważnie aktorzy lub artyści dojrzali, o bogatym dorobku artystycznym i zawodowym.
Nie rozmieniaj się na drobne…
Zdecydowana większość respondentów doskonale pamięta te postaci, które związane są z jedną marką. Ci, którzy próbują łapać wiele srok za ogon i biorą udział w reklamie produktów i usług z wielu kategorii, wydają się wiele na tym tracić. Częste pojawienie się w TV przy „podpinaniu się” pod różne marki nie sumuje się arytmetycznie w żadną zapamiętywalność czy wyróżnialność – jest wręcz przeciwnie: „twarz” traci siłę i wiarygodność. M. Foremniak, J. Brodzik, Kayah wydają się mieć taki problem – niewielu respondentów kojarzy je z reklamami, choć biorą w nich udział relatywnie często.
Inna kwestia to pytanie, jakie powinna sobie zadać gwiazda: czy warto brać udział w niskobudżetowych kampaniach słabych brandów? Markom to raczej nie pomaga, a wizerunkowi gwiazdy wyraźnie szkodzi. Ludzie nie pamiętają lub nie kojarzą właściwie reklamowych dokonań takich nazwisk, jak: B. Szyc, A.M. Jopek, M. Żebrowski, B. Kozidrak, M. Kożuchowska. M. Foremniak., E. Jungowska czy A. Przybylska.
Działa tu chyba prosty mechanizm zapamiętywania i przetwarzania informacji: „twarze” słabo powiązane z marką (wykorzystane ad hoc, w krótkim okresie) nie mają szans podczas procesu przypominania – trudno je zidentyfikować poprzez przypisanie do jakiejkolwiek kategorii. M. Max Kolonko, P. Brodnicki, K. Janda, M. Rodowicz, K. Czubówna czy Doda chyba nie popełnili takiego błędu – choć słabiej zapamiętani, są właściwie przyporządkowani do kategorii.
Model idealny = silna marka + silna gwiazda + długi okres
Z raportu wynika jednoznacznie, że silna marka jest świetną inwestycją wizerunkową dla gwiazdy (ING, Plus, Vizir, Pur, Millenium, Knorr, Eurobank, Getin Bank, Lipton). Marka o wysokim współczynniku świadomości, rozpoznawalna, posiadająca konsekwentny wizerunek, mogąca zapewnić intensywną obecność i ekspozycję w mediach, zdaje się być świetnym wehikułem dla powiązanej z nią osobowości. Najlepiej działa kombinacja: prężny brand w powiązaniu z wyrazistą osobowością i wieloletnia współpraca oparta na strategii (ustalona jest rola celebrities w odniesieniu do marki). Dobrymi partnerami do takiej współpracy są banki i operatorzy telefonii (duże nakłady na reklamę ATL, przemyślane strategie komunikacji). Widać także, jak w miarę młoda i wciąż budująca się marka (Feel) może wiele skorzystać na udziale w reklamie silnej marki usługowej.
Wielcy przegrani
Najgorzej w zestawieniu wypadają sportowcy (O. Jędrzejczak i A. Małysz). Można odnieść przykre wrażenie, że więcej wizerunkowo stracili, niż zyskali na udziale w reklamach przeróżnych marek. W tym przypadku mści się chyba brak jakiejkolwiek strategii zarządzania własnym wizerunkiem. Być może, skupieni na własnych dyscyplinach, nie mają oni czasu ani ochoty, by systematycznie dbać o własny brand – a może w ich otoczeniu brak jest profesjonalnych doradców potrafiących właściwe kapitalizować sportowe sukcesy? W każdym razie jest to zmarnowany, źle wykorzystany potencjał.
Zobacz ranking: http://www.press.pl/lewa_strona/pokaz.php?id=1461&strona=1
Marek Staniszewski; CSO Y&R Brands
W Internecie treści związane ze słodyczami są zróżnicowane nie tylko ze względu na wiek konsumentów i płeć (tu główne grupy stanowią dzieci w wieku szkolnym, młodzi rodzice oraz kobiety, szczególnie kobiety w ciąży), ale także ze względu na charakter poruszanych treści (dzielenie się własnymi preferencjami lub bolączkami związanymi ze spożywaniem słodyczy, postrzeganie słodyczy jako przyjemności bądź niebezpieczeństwa).
Sieć www, jako źródło poszukiwania informacji, jest platformą często używaną przez młode matki i ojców, co stanowi dobre źródło wiedzy na temat spożycia słodyczy przez dzieci do 3 lat. Spożycie takie (konsument końcowy nie jest nabywcą) jest zaś zogniskowanym odzwierciedleniem tego, co rodzice sądzą o wartości odżywczej czy zdrowotnej różnych rodzajów słodyczy oraz konkretnych produktów z tego makrosegmentu. Z forów młodych rodziców możemy zatem dowiedzieć się, że słodkimi przekąskami najczęściej wybieranymi przez młodsze dzieci są słodycze marki Kinder z portfolio Ferrero − mleczna kanapka, Pingui, Delice czy Kinder czekolada. Popularnością cieszy się także inny produkt Kinder − Jajko Niespodzianka, jednak głównie chodzi o jej prezentowy charakter i dołączaną zabawkę. Jak pisze CAT na łobuziak.pl:
„U nas czekolada z jajka też zostaje tak w przypadków przypadków 60% niezjedzona albo nadgryziona tylko Filip czekolad jakoś ostatnio nie lubi więc cieszy się ogromnie z tego, że jajo dostał, ale też raczej z zabawki, która też zęby do pełni szczęścia albo je zepsuć musi mu podpasować...”.
Inną czekoladową marką wymienianą przez rodziców małych dzieci jest Milka. Choć czekolada zdaje się wieść prym, warto zauważyć, że rodzice kupują już często nawet 10-miesięcznym dzieciom inne rodzaje słodyczy: lizaki Maoam, żelki Misie-Lubisie, cukierki Nimm2 − to niektóre wymieniane marki, zdaniem rodziców, godne polecenia nawet dla małych dzieci.
Spora grupa rodziców preferuje jednak zastępowanie, w przypadku małych dzieci, produktów słodkich bardziej wytrawnymi. Chrupki kukurydziane, paluszki, biszkopty i herbatniki to słodycze, które ich zdaniem są bardziej bezpieczne dla dzieci i to nimi zaspokajają potrzeby najmłodszych związane ze słodyczami.
Internet jest także miejscem, gdzie znaleźć można zwierzenia osób, które innym członkom internetowych społeczności powierzają swoje problemy związane z jedzeniem słodyczy, czasem prosząc o pomoc. O swoim uzależnieniu piszą często młode matki, ale akże dzieci w wieku gimnazjalnym. O ile w przypadku tych pierwszych jest to głównie czekolada i lody, to dzieci dodają do tej listy ptasie mleczko, batony czy chipsy jedzone między lekcjami. Często już nawet nastoletni forumowicze mówią o używaniu słodyczy jako o problemie zdrowotnym. 98bartek98 z forum.nasze.net mówi:
„Ja jestem uzależniony od słodyczy, codziennie muszę zjeść np. loda lub jakiegoś batona. Nie wytrzymam dwóch dni bez słodyczy, a przytyłem od słodyczy 3 kilo. Co z tym robić? Mam wyrzuty sumienia, gdy zjem ich za dużo, bo boję się, że przytyję więcej, dlatego od czasu do czasu, gdy czuję już, że spodnie robią się ciasnawe, przerywam jedzenie słodyczy na kilka dni”.
Dane z Google Trends pokazują zbieżność wyszukiwania fraz związanych z chipsami z początkiem i końcem roku szkolnego. Fraza „chipsy”, a także „lays” jest bardzo rzadko wyszukiwana w wakacje, zaś bardzo chętnie od września. Dane te odzwierciedlają fakt, że chipsy uchodzą wśród uczniów za przegryzkę numer 1 w szkole. Pan Kracy pisze:
„Bez czekolady dam radę, ale bez paczki chipsów między lekcjami nie wytrzymam”.
Dzieci wieku 12–15 lat są również bardzo precyzyjne, jeśli chodzi o słodycze, których nie lubią: chałwa, marcepan, gorzka czekolada oraz produkty z kokosem nie podbiją podniebień młodych konsumentów. To typowy zestaw negatywny, natomiast pozytywne gusta zmieniają się dość szybko, również w zależności od komunikacji.
Jak pokazuje Google Insight for Search, rozkład w czasie częstości wyszukiwania w Google frazy Maxi King pokrywa się z wyszukiwaniem frazy Kinder, a nie pokrywa się z Bueno, innym produktem Kindera. Można to wyjaśnić, patrząc na komunikację ATL marki Kinder: ostatnia kampania Maxi Kinga koreluje w czasie (grudzień–luty) z wyszukiwaniem tej marki w Internecie. Call to Action zawarty w reklamie ATL powoduje, że część konsumentów po obejrzeniu reklamy wpisuje frazę do przeglądarki. To wpływa nie tylko na liczbę kontaktów z produktem (Maxi King), ale pogłębia świadomość marki parasolowej (Kinder).
Synergii tej nie zaszkodziła nawet szeroko komentowana w Blogosferze sprawa związana z witryną maxiking.pl, która nie należy do producenta Maxi Kinga. Jak się okazało, domena ta (w odróżnieniu od kindermaxiking.pl, związanej z komunikowanym przez Ferrero produktem), jest własnością producenta słodyczy kierowanych do osób pełnoletnich.
Taka synergia ATL i wyszukiwań jest elementem stałym, natomiast nie oznacza, że trendy w segmencie słodyczy, jeśli chodzi o grupę starszych dzieci i młodzieży, wyznaczają producenci. Dobrym przykładem trendsetterskiego, jeśli chodzi o segment słodyczy, bloga jest strona swiatslodyczy.blox.pl, zawierająca recenzję często niedostępnych w Polsce produktów. Blog, który według Google Trends utrzymuje swoje czytelnictwo na stałym poziomie, pokazuje, że konsumenci słodyczy wciąż poszukują nowości, są ciekawi nowych smaków. Dodatkowy wniosek, jaki płynie z lektury tego bloga, jest szczególnie cenny: konsumenci zwracają uwagę na wiele innych, niekomunikowanych w reklamie wartości. Jest to szansa dla producentów tańszych, ale wciąż bardzo popularnych słodyczy, jak choćby andruty.
Bartosz Szymczyk (Search Planner)
Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego maratonu. Byłem młody. Pewny siebie. Spokojny o to, że przebiegnę. Wystartowałem wraz z setkami innych biegaczy. Biegłem powoli. Bardzo powoli. Gdy dobiegałem do punktu żywieniowego, jedyne, na co mogłem liczyć, to zmoczona gąbka. Nie mogąc zrobić z nią nic sensownego, zwilżałem się. Tego dnia było akurat zimno. Biegliśmy przez wymarłe miasto. Nikt nas nie dopingował. Na 10 kilometrze byłem już cały przemarznięty. Na 15 wyminął mnie siwiuteńki dziadek. Na oko miał z 70 lat. Na chwilę przystanął przy znaku z 15 kilometrem, wyjął aparat, uśmiechnął się, zrobił zdjęcie i pobiegł dalej. Zdziwiony i zmęczony patrzyłem, jak się oddala. Już prawie człapałem, a on lekko i z gracją biegł dalej. Na 20 kilometrze zszedłem z trasy. Nie byłem w stanie biec dalej. Przemarznięty do szpiku kości, owinięty w koc, zostałem zabrany do domu przez rodziców.
Niewiele już z tego pamiętam, ale wymijającego mnie dziadka, robiącego sobie zdjęcia, nigdy nie zapomnę. To, że zszedłem na 20 kilometrze, bolało mnie przez wiele lat. Zrozumiałem, że muszę to z siebie zmazać. Pobiec jeszcze raz. Tym razem do końca. Po latach od tego pierwszego podejścia wystartowałem ponownie. Tym razem lepiej przygotowany. Ale też mniej pewny siebie. 20 kilometrów przebiegłem pewnie i spokojnie w swoim tempie. I nagle dołączył do mnie czerstwy staruszek. Nie, to nie był ten sam dziadek sprzed lat. Nie miał aparatu. Wyglądał całkiem inaczej, ale tak samo zaskoczył mnie swoją wytrzymałością. Tym razem nie odpuszczałem. Ścigaliśmy się przez spory kawałek. Raz on, raz ja byłem górą. Dziadek znowu mnie odsadził, ale tym razem po długiej walce. Po 25 kilometrze mój bieg przeszedł w trucht, potem w człapanie, a na koniec w spacer na przemian z odcinkami biegu. Ale gdy tylko zbliżyłem się do ostatniego zakrętu i zobaczyłem linię mety, wstąpiły we mnie nowe siły. Prawie leciałem do mety. Przebiegłem. Tym razem udało mi się.
Maraton to coś więcej niż 42 km i 195 metrów. Ten bieg to w pewien sposób metafora życia. Biegnąc, masz swoje słabości. Chcesz zejść z trasy i rzucić to wszystko. Ale potem przychodzą momenty euforii. Gdy mimo wszystko biegniesz dalej. Nieważne, że coraz wolniej. Biegniesz i to jest najważniejsze. Dlaczego o tym piszę?
Po tym maratonie pozostał mi ogromny szacunek dla starszych. Ich życiowego doświadczenia. Nie uważam, że młodość ma zawsze rację. Szanuję starszych. Tak wiele można się od nich nauczyć. Boleję nad tym, że doświadczenie ogromnej ilości starszych Polaków jest marnowane i niewykorzystywane. To kapitał, który jest bezpowrotnie tracony.
Biegać maratony w starszym wieku? To dopiero wyzwanie. Twoje ciało zachowuje się przecież inaczej. Starsze serce wolniej pompuje krew. Serce 60-latka przepompowuje 20% mniej nasyconej tlenem krwi niż serce 20-latka. Szczyt możliwości mięśni przypada na okolice trzydziestki. Po siedemdziesiątce obniża się dramatycznie o 30%. Biegać maratony po osiemdziesiątce? To dopiero odwaga. Joy Johnson ma 81 lat i wciąż biega. W tym roku, w Nowym Jorku, zwyciężyła w swojej kategorii wiekowej. To był jej 21. maraton pod rząd w Wielkim Jabłku. Była pierwsza, ale wcale nie jest zadowolona z czasu: ponad 7 godzin.
Joy Johnson ciężko trenuje. Latem przebiega 90 km tygodniowo, zimą 55. Codziennie wstaje o 4 rano. Przez godzinę czyta Biblię, a potem zakłada dres i na ścieżce wsłuchuje się już tylko we własny oddech.
Joy ma siwe włosy, ale uśmiech i energię nastolatki. Biega od ponad 20 lat. Rocznie startuje w 11 maratonach. Biegać zaczęła dość późno. Swój pierwszy maraton przebiegła, gdy miała 61 lat. Czas: 4 godziny 22 minuty. Joy, jak każdy starszy człowiek w jej wieku, nieubłagalnie, ale powoli, zbliża się do linii mety. Żartuje, że chciałaby umrzeć w biegu. I żeby nikt nie wzywał wtedy karetki.
Coraz więcej starszych Amerykanów regularnie ćwiczy. Do 2010 roku co czwarty Amerykanin będzie miał ponad 55 lat. To najszybciej rosnąca grupa wiekowa na imprezach sportowych. Od 2003 roku w oficjalnych imprezach biegowych uczestniczy 23% więcej osób w wieku Joy. W Europie jest podobnie.
Rozejrzyjcie się wokół siebie. Kult młodości kultem młodości, ale paradoksalnie tę młodość jest coraz trudniej znaleźć i jest ona coraz „starsza”. Coraz więcej jest wokół nas starszych ludzi. Dobrze to widać w autobusach. Tramwajach. Na ulicach. Parkach. Czy Twoja marka ich dostrzega? Czy tylko udaje, że ich widzi? Ci ludzie nie dosłyszą. Gorzej widzą. Są mniej podatni na reklamy. Nie poruszają się tak szybko i sprawnie, jak my. Ale mają coś bezcennego. Patrzą na życie z mądrością, którą daje im wiek. I widzą dzięki temu to, co umyka nam w codziennej krzątaninie.
Żródła: „Over 80. It’s Anyone’s Race”, Matthew Futterman, „The Wall Street Journal”, 31.10.2008 WARC Reports Advertising to the 50-plus market
© Grzegorz Kosson 2008
Rynek i konsumenci zmieniają się coraz szybciej. Nie tylko ich oczekiwania, doświadczenia, stopień rozumienia marek i reklamy czy sposoby zdobywania wiedzy o świecie i produktach, ale przede wszystkim sposoby zamieniania pieniędzy na zadowolenie. Najsilniejszy i najbardziej widoczny trend w tej dziedzinie, to – ogólnie mówiąc – poszukiwanie przeżyć. Konsumenci chcą coraz więcej zobaczyć, usłyszeć, poczuć, pokazać innym. Od spa, poprzez nurkowanie na rafach koralowych, wielocalowe telewizory, osobiste urządzenia multimedialne, mówiące nawigacje samochodowe i piesze, aż po parafialne wycieczki do Rzymu, wszędzie widać to samo: coraz bogatszą ofertę bodźców. Ten żyje bardziej, kto przeżywa więcej.
Tym czasem większość kategorii, szczególnie w FMCG, ma coraz mniej nowych przeżyć do zaoferowania. Użycie produktu odbywa się zazwyczaj w banalnych okolicznościach, komunikacja z trudem przebija się poprzez szum, a sposób kupowania składa się z automatycznych czynności, które błagają, aby o nich zapomnieć. Jest po prostu nudno. Co więcej, niemal każdy produkt został już wielokrotnie skopiowany, a czołowe firmy często oferują przedmioty nierozróżnialne w testach ślepych.
Na tym monotonnym tle pojawia się jeden wyrazisty punkt – marka. Tylko ona potrafi wykrzesać z siebie nową energię, zaskoczyć, zaproponować coś nowego. W takiej sytuacji rola marki staje się decydująca, bo to marki są w stanie dostarczać zróżnicowanych, unikalnych i angażujących przeżyć, których poszukują konsumenci. Tak naprawdę to marki sprzedają produkty, które bez nich stają się banalne.
Marka na pierwszy rzut oka składa się z kilku prostych elementów. Nazwa, logo, hasło, czasem opakowanie – oto marka. Każdy może to wymyślić, połączyć i ma. Co? Zazwyczaj nic… Jest tak z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze (i oczywiste): marka musi mieć swój sens, wizję, która jest powodem jej istnienia i nadaje jej znaczenie w oczach konsumentów. W innym wypadku powstanie imitacja marki, czyli tak zwana „słaba marka”, która tak naprawdę w ogóle nie powinna być nazywana marką. Po drugie – i to znacznie trudniejsze – marka musi umieć dotrzeć do konsumentów ze swoją wizją.
Dzisiaj, w czasach przeciążonych mediów i stałego poszukiwania wartościowych doznań przez konsumentów atakowanych nieistotnymi bodźcami, marki muszą wykonywać ogromną pracę, aby były zauważone. Często, mimo wysiłków, jest to praca bezowocna, bo do świata konsumenta coraz trudniej się wedrzeć. Narzucającym się rozwiązaniem jest mnożenie okazji do kontaktu z marką i atakowanie jej potencjalnych użytkowników w coraz to nowych miejscach, w których szum jest mniejszy, podobnie jak czujność adresata komunikatu. Taka strategia zwiększania presji ma jednak swoje ograniczenia – w końcu wszystkie kanały kontaktu będą „zapchane”. Nie ma także nośników, których konsumenci nie nauczyliby się ignorować.
Odwrotna strategia wydaje się bardziej obiecująca. Jej założeniem jest maksymalizowanie nie ilości kontaktów, ale ich jakości. Słowo-klucz tego podejścia to Brand Experience. Marki, które wybierają ścieżkę budowania swojej siły przez doświadczenie konsumentów, nie starają się prowadzić nieustannego oblężenia ich świata. Zamiast wdzierać się do niego, przyciągają konsumentów do siebie, przekształcając według swoich zasad wybrane fragmenty rzeczywistości. Oczywiście każda marka usiłuje przynajmniej udawać, że przekształca produkt, ale prawdziwie wielkie marki zmieniają także sposób i miejsce jego użycia, miejsce zakupu, zachowania użytkownika, jego relacje z innymi ludźmi, a nawet jego poczucie tożsamości. W ten sposób tworzą unikalne propozycje, które już po pierwszym kontakcie wywołują emocje, działają na wyobraźnię i pozostają w pamięci.
Wielkie marki potrafią dać konsumentowi doświadczenie „ich” fragmentu świata przekształconego według „ich” wizji, w którym obowiązują „ich” zasady. Inny jest produkt, inne wyobrażenie jego użytkownika, inne typowe sytuacje użycia, a czasem zwyczaje i rytuały związane z jego używaniem. Harley Davidson to nie tylko unikalny produkt, ale również inny styl życia. Apple to nie tylko bardzo efektowny komputer, ale także inny styl myślenia i pracy. Korzystanie z Internetu jest czymś innym od pojawienia się Google.
Dziś poszukujący silniejszych i ciekawszych doznań konsumenci są szczególnie otwarci na marketing typu Brand Experience. Rozbudowywanie obecności marki w świecie konsumenta, synergia jej różnych działań, docieranie do wielu zmysłów jednocześnie, mówienie językiem przeżyć, a nie korzyści, to coraz bardziej obiecujące narzędzia. Marki, które nauczą się je stosować, będą mogły zarazem skupić energię na rozwijaniu własnej wartości i wykorzystać jeden z najsilniejszych obecnie trendów konsumenckich.
Michał Kociankowski
Niepewność jest głęboko wpisana w nasze życie. Nawet gdy idziemy spać, nie do końca wiemy, w jakim świecie się obudzimy.
Tempo życia przyspiesza. Zmiany są gwałtowne i nieprzewidywalne. Jesteśmy poddani działaniu anonimowych sił, których nie rozumiemy i nie zawsze wiemy, skąd się biorą. Staramy się nauczyć z tym żyć, lepiej lub gorzej, i po swojemu oswajać niepewność.
Kto pół roku temu mógł przypuszczać, że tak silna złotówka straci w kilka miesięcy prawie 50% wartości do dolara? Kto rok temu mógł przypuszczać, że nasza mała peryferyjna wysepka stabilności zacznie rozsypywać się jak domek z kart? I kto wiedział, że także Polska zostanie postawiona w kolejce (tuż za Ukrainą i Węgrami ) w poczekalni z napisem „bankructwo”?
W tak szybko zmieniających się czasach sama wyróżnialność (podstawowy warunek bycia marką) nie wystarczy. W czasach gdy sytuacja zmienia się tak szybko, marki muszą mieć w sobie wystarczającą dozę energii, żeby „wyprzedzić” zmiany i projektować przyszłość. Dzięki temu mogą dać zagubionym i zdezorientowanym konsumentom poczucie sensu i kierunku, w którym mogą podążać. Największe marki już to zrozumiały. Dobrze te marki znamy. One nie podążają za konsumentem, tylko go przyciągają i porywają. Niektórzy nazywają to wizją i umiejętnością przeczuwania przyszłości. Inni energetyczną wyróżnialnością. Takie marki wpływają na codzienne życie konsumentów, stają się jego częścią i zmieniają świat na lepsze.
John Gerzema w swojej książce „The Brand Bubbel” analizuje fenomen energetycznej wyróżnialności jako warunku przetrwania marek w szybko zmieniającym się środowisku. Taką energetyczność dają marce trzy elementy: wizja, inwencja i dynamizm. Wizja nadaje marce cel, do którego dąży. To ona najbardziej pociąga otoczenie i porywa konsumentów. Inwencja znajduje swój wyraz w produktach, jakości usług lub designie. Dynamizm to sposób, w jaki marka zachowuje się na rynku i rozmawia z otoczeniem. Jeśli marka ma w sobie wysoki poziom energii, może stać się dla konsumentów czymś więcej niż tylko marką.
Hyundai podczas ostatniego Super Bowl ruszył z nową, odważną kampanią „assurance”. Na amerykańskim rynku rządzonym przez strach i obawę przed utratą pracy Hyundai powiedział swoim konsumentom:
Wiemy, że jest Ci ciężko, ale przejdziemy przez to razem. A jeśli tylko stracisz źródło dochodu, to możesz po prostu zwrócić samochód.
Efekt? W momencie gdy sprzedaż samochodów na całym amerykańskim rynku osiągnęła najniższy poziom od grudnia 1981 roku, a najpopularniejsze w Stanach japońskie marki (Toyota, Nissan, Honda) tracą po średnio 30% rynku, odważni Koreańczycy zyskują go ich kosztem. Zachęcony amerykańskimi sukcesami, Hyundai rusza z podobnym programem w Hiszpanii, rozważa też Irlandię.
To nagroda za podejście pełne szczerości i zrozumienia. Czas biegnie szybko, a sytuacja jest dynamiczna. W przeciągu następnych 10-15 lat Hyundai zajmie miejsce Toyoty. Zresztą Japończycy widzą go coraz wyraźniej w swoim wstecznym lusterku. W przeciwieństwie do Japończyków, Koreańczycy zrozumieli, że dobre i niezawodne samochody potrafi zrobić każdy – nie tylko w Wolfsburgu czy Tokio.
Zrozumieli też (szczególnie po kryzysie azjatyckim z ’98 roku, który był punktem zwrotnym dla koreańskich producentów), że dziś w robieniu samochodów chodzi bardziej o nawiązanie głębokiej emocjonanej więzi z otoczeniem niż produkowanie bezawaryjnej kupy żelastwa.
Ten wzrost siły koreańskich marek wyraźnie widać też w rankingach Interbrandu. Po raz pierwszy Hyundai pojawił się w nim w 2005 roku na 84. miejscu, a w 2008 był już na 72. pozycji . I mimo że jeszcze nie wszyscy do końca w to wierzą, Hyundai robi świetne samochody. W tym roku w Ameryce Północnej zdobył tytuł Samochodu Roku 2009 za luksusowy model Genesis. Jego cena jest dwa razy niższa niż luksusowych modeli BMW i Mercedesa .
Kryzys finansowy to też globalny kryzys zaufania do marek i kryzys wiarygodności marketingu w ogóle. Ten kryzys wymusza powrót do prawdy i autentyczności. Konsumenci są wściekli, bo zrozumieli, że w turbokapitalizmie chciwości Gekko i kultu dywidendy Wall Street byli owcami prowadzonymi na rzeź, regularnie golonymi z kasy. To normalne, że stracili złudzenia. Właśnie dlatego marki muszą starać się jeszcze bardziej. Odbudowanie zaufania wymaga od nich samych odważnych kroków. Pierwszym z nich jest szczerość w relacji z konsumentem. W kryzysie odwaga jest bezcenna. Całą resztę można kupić, ale już nie na kredyt...
Grzegorz Kosson Strategic Planner Y&R Brands
1. Alan Ohnsman, Jeff Green, „Hyundai Defies U.S. Slumps as Asian Grab Record Share”, 4 lutego, bloomberg.com
2. Interbrand Best Global Brands 2005, Interbrand Best Global Brands 2007
3. Alan Ohnsman i Jeff Green, „Hyundai Defies U.S. Slumps as Asian Grab Record Share”, 4 lutego, bloomberg.com
Słabną marki banków, ubezpieczycieli i telefonii komórkowych, za to marki telewizji, stacji radiowych, produktów konsumpcyjnych i celebrities rosną w siłę. Obecny kryzys sprawi, że wiele marek zniknie z rynku bezpowrotnie, inne wyjdą z niego wzmocnione. Pytanie brzmi: które i dlaczego?
"Nie dane finansowe firmy, lecz konsumenci jako pierwsi wysyłają niepokojące sygnały o kondycji marki - czy jest jedynie znana, czy również wartościowa." - twierdzi John Gerzema, autor bestsellera „The Brand Bubble”, w której przedstawił prognozę pęknięcia kolejnej „bańki” - bańki marek. Swoje twierdzenia opiera na badaniu BAV (BrandAssetTM Valuator) prowadzonym w USA na 2500 marek, w latach 1993-2008. Pesymistyczne wnioski z obserwacji na rynku amerykańskim potwierdza analiza kondycji marek w Polsce. Z danych polskiej edycji BAV (próba blisko 1300 marek z 95 kategorii) wynika, że wiele znanych marek słabnie. Dziś tracą zaufanie konsumentów, jutro stracą na wycenie finansowej. "Marki są jak ludzie. Tak jak można zdiagnozować ludzkie zdrowie i kondycję, tak badanie BAV umożliwia sprawdzenie nie tylko obecnego „zdrowia marki”, ale i jej podatność na „choroby” w różnych obszarach. W porę wychwycone symptomy pozwalają uniknąć katastrofy, a umiejętnie poprowadzona "terapia", nawet w dobie kryzysu może wskazać marce nowe szanse rozwoju." - mówi Beata Mońka, Prezes Zarządu Young & Rubicam Brands Poland.
Badania ujawniły podział produktów i usług na trzy grupy wg siły marki. Najsilniejsze marki oparte są na emocjach i obietnicy zmiany, najsłabsze na racjonalnym wyborze. W grupie najsłabszych marek znalazły się głównie marki usługowe, takie jak banki, firmy ubezpieczeniowe, operatorzy telekomunikacji, biura podróży, linie lotnicze a także koncerny samochodowe i sieci fast-food. Jednak i wśród nich są marki, którym udaje się utrzymać a nawet wzmacniać zaufanie konsumentów i swoja pozycję. Marki najsilniejsze to stacje TV i radiowe, większość produktów FMCG, organizacje charytatywne oraz celebrities, zaś grupę marek o średniej kondycji stanowią usługi specjalistyczne np. dostawcy usług internetowych, perfumy czy preparaty OTC.
Ciekawe wnioski z BAV płyną dla firm notowanych na giełdzie. Niektóre z nich, pomimo wzrostu wyceny finansowej, w oczach konsumentów systematycznie traciły na wymiarze Szacunek (stopień, jakim marka dotrzymuje swoich obietnic) oraz Wyróżnialność (w jakim stopniu marka odróżnia się od konkurencji). - Wartość wielu wiodących marek jest przeszacowana. "Badanie BAV, które umożliwia stały pomiar wartości marki, jest swoistym barometrem kondycji marek, wyznacznikiem zmian na rynku oraz zachowań marek na giełdzie w przyszłości." - mówi Marek Staniszewski, Dyrektor Strategiczny Young & Rubicam Brands.
BrandAssetTM Valuator (BAV) to światowe badanie opinii konsumentów, służące do mierzenia wartości marki, diagnozowania jej kondycji i zarządzania wizerunkiem. W polskiej edycji przebadano blisko 1300 marek z 95 kategorii kojarzonych z produktami codziennego użytku (np. Nescafé, Sony, Adidas), instytucji (np. ZUS, Kościół katolicki, rząd polski), blisko 70 marek medialnych (tytuły prasowe, stacje radiowe i telewizyjne, np. Gazeta Wyborcza, TVN, RMF, National Geographic), krajów (np. USA, Rosja, Niemcy, Ukraina), walut (złoty, dolar, euro) czy sławnych osób (np. Joanna Brodzik, Borys Szyc, Marek Kondrat). Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie agencji Young & Rubicam przez instytut Millward Brown SMG/KRC na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej dla populacji 18-69, z uwzględnieniem regionu, wielkości miejscowości, wieku i płci. Badanie zrealizowano na podstawie wywiadów face to face oraz informacji udzielanych przez respondentów samodzielnie (self completion).
Badanie BAV powstało w 1993 roku, a w ciągu 15 lat objętych nim zostało 38 500 marek ze 190 kategorii, wzięło w nim udział ponad 500 000 respondentów z 51 krajów, m.in. USA, Argentyny, Chin, Australii, RPA czy Rosji. Do badania używana jest unikalna, wspólna, wciąż udoskonalana metodologia, w którą zainwestowano ponad 100 mln USD. BAV to jeden z największych, najbardziej pogłębionych i wszechstronnych programów badawczych w skali międzynarodowej. BAV jest autorskim projektem grupy Young & Rubicam Brands i stanowi podręcznikowy kanon współczesnego marketingu.
BAV opiera się na 4 filarach: wyróżnialność (co w marce jest unikalnego, jak jej cechy charakterystyczne przełożyć na marżę i zysk), zapotrzebowanie (w jakim stopniu marka odpowiada na potrzeby konsumentów), szacunek (w jakim stopniu marka spełnia swe obietnice, jaką ma reputację), wiedza (stopień zażyłości konsumenta z marką, jego doświadczenia z marką). Te cztery cechy w największym stopniu określają, w jaki sposób marka się rozwija, kiedy i dlaczego może tracić siłę, i co zrobić, by polepszyć jej kondycję. Dla dogłębnej analizy relacji marka - konsument wykorzystywana jest także psychograficzna segmentacja 4c's (7 uniwersalnych segmentów), dzięki której jest możliwe ustalenie modelu rozwoju marki w oparciu o potrzeby społeczeństwa w poszczególnych segmentach oraz metodologia Y&Rchetypes (12 uniwersalnych archetypów kulturowych), oparta na jungowskiej teorii osobowości.
Kryzysowe wątpliwości
Kryzys (lub jak kto woli „spowolnienie gospodarcze”) zaczyna zbierać swoje żniwo. Najstarsze na świecie marki upadają (Wedgwood, Viyella), a inne okazują się marketingową wydmuszką (o kryzysie instytucji marki pisaliśmy w Newsletterze nr 5, zob. również artykuł Vadima Makarenki w Gazecie Wyborczej:
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,52981,6116343,Po_bance_w_nieruc...)
Naturalnym odruchem decydentów zarządzających markami jest redukcja kosztów i cięcie wydatków marketingowych. Popieramy tę ideę – tnij nieuzasadnione koszty, ale rób to z głową! Nie będziemy zaklinać rzeczywistości i przekonywać, że nie warto np. redukować wydatków na reklamę, ponieważ i tak zrobisz to, co musisz zrobić…
Pokusiliśmy się o więc o sformułowanie kilku prostych zasad pomagających ciąć koszty marketingowe w przemyślany sposób. Zrobiliśmy to w oparciu o dane BAV gromadzone od wielu lat na ponad 50 rynkach.
Pierwsze pytanie, jakie musisz sobie dzisiaj zadać, brzmi: „Czy posiadam silną markę?”. Gdyż to właśnie marka powinna być dla Ciebie polisą na złe czasy. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, powinieneś natychmiast wezwać wszystkie osoby zatrudnione do zarządzania marką i patrząc im głęboko w oczy, zapytać: „Za co właściwie bierzecie co miesiąc pieniądze”? Jeśli nie potrafią jasno odpowiedzieć na tak proste pytanie, to warto rozważyć wariant „derekrutacji” – i w ten sposób dokonasz pierwszych oszczędności.
Po zwolnieniu z pracy wszystkich pozorantów, którzy zamiast myśleć i działać na rzecz Twojej marki produkują kolejne slajdy, plotkują na komunikatorach i wypijają wiadra darmowej kawy, usiądź z tymi, którzy pozostali (lub sam) nad planem dalszych działań.
Oto proponowane „nożyce”:
Zrezygnuj z tego, co nie buduje zaufania
Jeśli Twoja marka nie jest obdarzana przez konsumentów zaufaniem, to masz prawdziwe kłopoty.
Z naszych analiz wynika, że kłopoty takie czekają całe branże.
Analizy wykazały, że marki w oczach Polaków systematycznie tracą Szacunek (wymiar wskazuje stopień, w jakim marka dotrzymuje swoich obietnic). Składają się nań takie czynniki, jak: ogólna oceny marki, postrzegana wysoka jakość, zaufanie czy popularność).
Zjawisko to dotyczy głównie marek największych – są to często marki notowane na giełdzie lub należące do spółek z udziałem Skarbu Państwa. Jednak tendencję można zaobserwować w niemal wszystkich kategoriach (jednym z niewielu wyjątków jest piwo…).
Zła wiadomość dla banków, ubezpieczycieli, biur podróży, linii lotniczych i supermarketów. Ludzie z jakichś powodów coraz mniej Wam ufają.
Czyżby w Waszych działaniach marketingowych i reklamach pojawiało się zbyt wiele obietnic bez pokrycia?
Jeśli tak, to może po prostu zrezygnujcie z takich reklam – i w ten sposób zaoszczędzicie kolejne pieniądze.
WOŚP najsilniejsza polska marka utrzymuje praktycznie najwyższy wskaźnik zaufania w BAV. Kolejny rekord z tego roku podczas XVII finału (ponad 32 mln 11.01) jest dowodem na to, że zaufanie do marki procentuje nawet podczas recesji.
Nie zawracaj ludziom głowy pustymi komunikatami
Podobnie jak z „Szacunkiem” i zaufaniem ma się sprawa z „Wyróżnialnością”. Od 2004 roku obserwujemy utratę Wyróżnialności „Energetycznej” (wskaźnik stopnia w jakim marka aktywnie odróżnia się od propozycji konkurencji. Tworzy go zespół takich cech, jak: unikalność, dynamizm, wizja rozwoju).
Marki coraz częściej stają się „klonami” swojej najbliższej konkurencji, jak dowcipnie ujął to Simon Silvester.
Czy naprawdę potrzebujesz reklam, by opowiadać ludziom te same puste frazesy, które powtarza cała branża? Czy wydawanie pieniędzy na mówienie o „najwyższej jakości usług”, „superofercie”, „rewelacyjnych rozwiązaniach” i „przyjaznej obsłudze klienta” ma jakikolwiek sens?
Albo to faktycznie dostarczasz, albo oszukujesz nie tylko siebie, ale też konsumentów. Nic prostszego, niż sprawdzić te obietnice, wchodząc do najbliższego oddziału czy punktu obsługi. Zastanów się, czy puste określenia w reklamach warte są pieniędzy, jakie na nie wydajesz.
Popatrz na wszystkie komunikaty, jakie umieściłeś w mediach w ciągu ostatniego roku i zadaj sobie kilka pytań:
Czy te reklamy były oryginalne? Czy zwracały na siebie uwagę przez formę albo treść?
Czy wyróżniały się czymkolwiek na tle całej kategorii, czy jedynie powielały wzorce?
Czy po usunięciu Twojego logotypu, odbiorca nadal wiedziałby kto się reklamuje?
Czy po obejrzeniu tej reklamy konsument pomyślałby: „Nikt mnie tak dobrze nie rozumie jak ta marka”?
Jeśli na takie pytania możesz udzielić wyłącznie negatywnej odpowiedzi, to porozmawiaj serio z osobą/osobami, które briefują agencję reklamową. Z agencjami nie musisz rozmawiać, bo najczęściej zrobią to, czego klient sobie życzy…
Miernota i miałkość w komunikacji może się zamienić w dobijanie marki w powolny i nieludzki sposób. Marce torturowanej przez słabą reklamę bardzo trudno będzie zbudować to, co jest jej istotą: wyróżnialność. Pamiętaj, że to właśnie wyróżnialność koreluje z marżą – już Adam Smith zauważył, że ludzie mają skłonność przepłacać wyłącznie za to, co rzadkie: czytaj: niepowtarzalne i wyjątkowe.
Jeśli Twoja marka nie posiada wysokiej wyróżnialności to pozostaje ci konkurować ceną. A dziś zawsze znajdzie się jakiś spryciarz lub desperat, który da „to samo, ale trochę taniej”.
Działaj z wizją końca (kryzysu!) – recesja się skończy i co wtedy?
Już dawno temu Stephen King (pierwszy planner) dokonał analiz, które wykazały związek z intensywnością reklamowania się w recesji a długookresową pozycją firmy na rynku. Oczywiście wszystkie firmy odczuwają negatywne skutki kryzysu. Większy spadek ROI notują też ci, którzy wydawali więcej na reklamę, a ci, którzy tną takie wydatki, notują spadek niższy. Cięcie wydatków reklamowych w celu zwiększania rentowności okazuje się więc pozornie skuteczną strategią.
Co się jednak dzieje z udziałami rynkowymi w dłuższym okresie? Oto marketerzy obcinający wydatki tracą sukcesywnie udziały w rynku, podczas gdy ci, którzy je zwiększyli notują ciągły ich wzrost. To zaś jest zapowiedzią wyższych zysków w przyszłości. Obserwacje te King podsumował następująco: Każdy biznes zanotuje w istocie spadek zyskowności podczas recesji. Jednak firma tnąca w tym czasie wydatki na reklamę straci co najmniej tyle, co ta, która je zwiększy.
Umiarkowany wzrost wydatków reklamowych może wręcz pomóc w zwiększeniu udziałów w rynku, a większe udziały mogą się przekładać na wyższy ROI. Dla agresywnych marketerów zwiększanie wydatków na reklamę w czasach recesji co prawda oznacza obniżanie w krótkim okresie rentowności, ale bardzo się opłaca w dłuższej perspektywie. Ci, którzy zwiększają wydatki reklamowe, znacznie (nawet ok. 50%) mogą wręcz podwoić udziały rynkowe w stosunku do tych ostrożniejszych.
Wniosek: warto nieco stracić dziś, by wiele zyskać jutro.
Czy pieniądze, które wydajesz na badania, są adekwatne do tego, co otrzymujesz?
Podczas badań rynkowych konsumenci mówią najczęściej to, co wypada powiedzieć. Będą więc niezwykle drobiazgowi w opisywaniu idealnej oferty.
Ich zdaniem powinna być ona oparta na:
- racjonalnych przesłankach,
- dobrej organizacji i porządku,
- solidnym wykonaniu i stałości oraz
- podlegać pełnej kontroli.
Efektem końcowym ma być rzecz jasna jak najniższa cena!
Teraz pewna ciekawostka – otóż marki postrzegane dokładnie w taki sposób (BAV) są bardzo często markami bardzo słabymi! Marki najsilniejsze (o najwyższej marży) są z kolei oparte na:
- uczuciach,
- zmysłowości,
- idealizmie,
- energii działania, zmienności.
Jeśli więc zadajesz podczas badań pytania w rodzaju: „Czy ważna jest dla Pani/Pana niska cena?” albo „szybka obsługa”, to nie spodziewaj się, że ludzie zaprzeczą. Jednak rzadko robią to, co mówią i mówią to, co myślą, jak powiedział pewien klasyk. Nie ufaj ich deklaracjom i obserwuj, jak się naprawdę zachowują.
Z danych BAV wynika, że bardzo dobrze mają się kategorie takich marek, jak: czekolady, obuwie, gumy do żucia, szampony czy żywność w puszkach, elektronika użytkowa. Marki te budowane są głównie w oparciu o emocje czy innowacyjne produkty.
Stacje benzynowe, banki, biura podróży, hipermarkety, sieci fast-food czy nawet samochody zbyt dużą wagę kładły chyba ostatnio na racjonalny aspekt porównania ofert. Dziś, jak pokazują nasze dane, kategorie te mogą się spodziewać przykrych niespodzianek ze strony konsumentów.
O roli prognoz i budowania strategii w oparciu wyłącznie o wyniki badań nie będziemy mówić, ponieważ najlepiej dziś mówią same za siebie.
Uwaga: BAV to też badanie!
Daj ludziom więcej za mniej – tego dziś potrzebują
„Kiedy obniżymy ceny, to przyciągniemy więcej klientów i jakoś przeczekamy” – taka myśl pojawia się dziś w wielu głowach. Myśl to jak najbardziej słuszna, pod warunkiem, że obniżeniu cen nie będzie towarzyszył zauważalny spadek jakości.
Darwinowska zasada „przetrwają najsilniejsi” dotyczy również marek. Ci twardzi zawodnicy, którzy potrafili trzymać koszty w ryzach od zawsze, dziś są jeszcze twardsi.
Możesz więc zadać sobie pytanie: gdzie będziesz szukał oszczędności kosztów dziś, skoro nie potrafiłeś tego zrobić wczoraj?
Nie możesz przecież wysłać do klientów/konsumentów czytelnego sygnału: „Kochani, wczoraj to Was trochę naciągałem, ale była hossa, od dziś się zmieniam, bo jest kryzys i obiecuję poprawę”. Niestety mógłbyś usłyszeć coś bardzo przykrego od klientów, którym zechcesz uświadomić, jak bardzo byli przez lata nabierani.
Niektóre branże obnażają dziś swoją dawną „pazerność” radykalnymi zniżkami cen, które tak naprawdę ujawniają, jak niewielkie koszty były faktycznie ponoszone, by dostarczyć finalny produkt. Dziś konsumenci mogą się przekonać, jak bardzo nadmuchana była bańka „wartości” nieruchomości, firm i w końcu marek. Zależność wydaje się oczywista: czym większa redukcja cen dzisiaj, tym więcej powietrza wpompowano wczoraj…
Pamiętaj, że „konsument nie jest idiotą” – wszystko to zostanie dokładnie zapamiętane więc spróbuj później ponownie podnosić ceny…
Jeśli już wybierasz agresywne działania promocyjne jako metodę przetrwania, to staraj się nie powielać mechanizmu w rodzaju: „Kup duże auto, a mniejsze dostaniesz gratis”. Pomyśl natomiast, co dodatkowego możesz konsumentowi zaoferować w tej samej cenie.
Każdy kryzys zmienia wszystko i wszystkich. Nic już nie będzie takie samo. Każdy kryzys jest szansą dla tych, którzy potrafią dawać „więcej za mniej” – na tym wówczas polega prawdziwa innowacja.
I to oni wyznaczą nowy standard. Jutro także Ty będziesz zmuszony dać więcej za mniej.
Może więc zrób to pierwszy?
źródło: BAV Consulting
