frame top

Archiwum Czytelnii: czerwiec 2009

BRAND NEW WORLD – inspirujące przykłady z życia dla marketera i brand managera c.d.

Często mówimy, że marki są jak ludzie. Dobrze wiemy, że marki są tworzone przez ludzi dla ludzi. Ucieknijmy na chwilę od marketingu. Reklamy. Marek. Prawdziwe życie jest gdzie indziej. Pochylmy się na chwilę nad ludźmi. Cały świat. Różne historie. Różne pomysły na życie. Przykłady, które pomogą zejść z dobrze wytyczonego szlaku. Zainspirują do spróbowania czegoś nowego. Poznajmy historie, które pokazują, że ludzka kreatywność nie zna granic. Te przykłady można z powodzeniem wykorzytać w codziennej pracy z marką. Bo marki są przecież jak ludzie...

Jego ostatni wykład obejrzało w Internecie ponad 10 milionów ludzi. Z dnia na dzień stał się sławny. Gościł w największych stacjach telewizyjnych. Stał się tematem codziennych rozmów. Może o nim słyszeliście. To profesor Randy Pausch. Niezwykła osobowość. Pasjonujące życie. Ameryka oszalała na jego punkcie. Ale też nikt ostatnio, tak wyraźnie i donośnie, nie powtórzył prostych życiowych prawd... Poznajmy go bliżej.

6 miesięcy życia

Wyobraź sobie, że jesteś u lekarza i po rutynowych badaniach słyszysz, że zostało Ci jakieś 6 miesięcy życia. Co byś wtedy zrobił? Randy Pausch przygotował swój pożegnalny wykład. To 90-minutowa opowieść o życiu, miłości i nadziei. To niesamowity wykład – pożegnanie i jednocześnie afirmacja życia. Ktoś umieścił go na YouTube i tak przesłanie profesora bardzo szybko dotarło do milionów ludzi.

Kiedyś Lance Armstrong powiedział, że rak jest najlepszą rzeczą, która go spotkała w życiu. Gdyby nie nowotwór, nigdy nie wygrałby Tour de France pięć razy z rzędu. Steve Jobs z Apple w swoim słynnym przemówieniu na Uniwersytecie Stanforda też mówił, że wyrzucenie z firmy, którą sam zakładał, zmusiło go do spróbowania czegoś nowego. To była bolesna recepta, ale widocznie pacjent jej najbardziej potrzebował. Dzięki temu dokonał się przewrót w animacji komputerowej. Dlatego też możesz oglądać ze swoimi dziećmi „Toy Story”, „Shreka”, „Nemo”... Po takich sukcesach tryumfalny powrót Jobsa do Apple był tylko kwestią czasu.

Jeśli więc spotyka Cię coś złego, coś, czego nie potrafisz jeszcze zrozumieć, wstrzymaj się. Weź głębszy oddech. Może właśnie zaczyna się najbardziej fascynująca przygoda Twojego życia. A mur, który Cię otacza, jak mówił Randy Pausch, jest tylko po to, byś udowodnił, jak bardzo Ci zależy na jego przeskoczeniu. Mur nie oddziela Cię i nie trzyma na zewnątrz. Mur to tylko próba. Selekcja tych, którzy nie pragną czegoś wystarczająco mocno. Gdy będziesz już po jego drugiej stronie, na pewno to zrozumiesz.

Pausch był niezwykłym profesorem. Specjalistą od fizyki. Takiego nauczyciela możesz spotkać tylko raz w życiu. Oczywiście, jeśli masz szczęście. Był uwielbiany przez swoich studentów. Zachęcał ich do odwagi i ryzyka. Stworzył dla nich specjalną nagrodę – najwspanialszej porażki. Nic dziwnego, że na jego zajęcia przeznaczone dla 50 studentów przychodziło ponad 100 osób. Znajomych, kolegów, a nawet rodziców studentów. Oglądając jego wykład, trudno zgadnąć, że jest to mowa człowieka, który żegna się z życiem. Był w świetnej kondycji. Podczas wykładu robił pompki, czym rozbawił publiczność do łez. Nie użalał się nad sobą, swój czas wykorzystał na to, aby inni pozbyli się lęku, obaw i znów zastanowili się – po co tu jestem?

Pausch wiele zawdzięczał rodzicom, o których często wspominał. Gdy był mały, poprosił ich, by pozwolili mu namalować w pokoju jego marzenia. Zgodzili się. Te rysunki wciąż tam są. Dziś wielu amerykańskich rodziców poruszonych tym przykładem nie ma nic przeciwko maluchom malującym swoje ściany. Robi to ze względu na pamięć Roberta Pauscha, tak jak sam o to prosił w swoim wykładzie.

Wiedząc, że niedługo odejdzie, starał się zrobić wszystko, aby zabezpieczyć swoją rodzinę. Jak sam mówił: tkał sieć, aby mogli z niej korzystać, gdy jego już nie będzie. Wydał książkę „Last Lecture”, która szybko trafiła na listy bestsellerów. „Times” uznał Pauscha za jedną z najbardziej wpływowych osób w 2007 roku. Zainspirowani studenci w szkołach całego kraju zaczęli robić przedstawienia oparte na jego mowie. Hollywood już kręci film o jego życiu. Wpływ Pauscha na otoczenie jest ogromny. Po obejrzeniu jego wykładu rodzice zaczynali po raz pierwszy rozmawiać ze swoimi dziećmi o tym, co najważniejsze. Samobójcy zmieniali swoje plany. Chorzy na depresję odzyskiwali chęć do życia. A wszyscy, ale to wszyscy, zaczynali doceniać to, co mają. Swoje małe, wielkie życie.

To kilka cytatów z jego wykładu, które szczególnie przypadły mi do serca:

"Jeśli bym miał dać Wam radę w 2 słowach, to byłoby – mów prawdę. Jeślibym miał jeszcze dwa słowa więcej dodałbym – cały czas."

"Nie ucz ludzi, jak mają żyć, po prostu opowiedz im historie."

Rada Pauscha, która mnie ujęła, jest dziecinnie prosta i dotyczy świecowych kredek. Zacznijcie je nosić z sobą w teczce, aktówce lub plecaku. Pomiędzy ważnymi biurowymi papierami, dokumentami od klienta, pracą przyniesioną do domu. Zapach kredek pomoże Wam przywołać dzieciństwo i dziecięce marzenia, które gdzieś ciągle w Was są. Obejrzyjcie ten wykład. To trochę więcej niż godzina. Ale może właśnie ta godzina zmieni Wasze życie. Na zawsze.

Przykład Pauscha pokazuje też przejście ze świata analogowego do cyfrowego. To ilustracja potęgi Internetu w budowaniu marki. Siły, której żaden marketer nie może już lekceważyć. Tylko wykorzystując sieć, można tak błyskawicznie zbudować zasięg. Pausch to przykład marki osobistej ery cyfrowej. Czy wyobrażacie sobie, że Google nie istniało jeszcze w 1998 roku? Dziś jest w pierwszej dziesiątce najcenniejszych marek świata. Jest trwałą częścią codziennego życia. Czy wyobrażacie sobie dzień przy komputerze bez korzystania z Google? To, co markom z analogowego świata zabierało pokolenia konsekwentnej komunikacji z otoczeniem, marki internetowe osiągają praktycznie w ciągu nocy. Coca-Cola stała się globalną marką w ciągu pięćdziesięciu lat. Google w dwa lata. YouTube to samo zabrało już tylko rok. Takie rzeczy to tylko w Internecie...

Grzegorz Kosson

Przychodzi bankier do lekarza, czyli o nieświadomości w czasach kryzysu

Zaczęło się od spotkania w gronie lekarzy. Dyskusje na specjalistyczne tematy medycyny i zdrowia, także w kontekście spowolnienia gospodarczego i jego konsekwencji. Długoterminowych dla pacjentów – prawdopodobnego wzrostu zachorowań na przypadłości związane ze stresem i tych natychmiastowych odczuwanych przez lekarzy – spadku liczby pacjentów u specjalistów chorób wewnętrznych, przy relatywnie mniejszym spadku zainteresowania usługami lekarzy odpowiedzialnych za estetyczny wygląd – stomatologów czy dermatologów. Szybciej zaczynamy oszczędzać na tym, co niewidoczne dla oka. Dodatkowo, kiedy rynek pracy staje w obliczu zagrożenia, jesteśmy w stanie ponieść większe wydatki, by podnieść fizyczną atrakcyjność, licząc, że to podniesie nasze szanse przetrwania cięższej sytuacji.

W medyczno-ekonomiczny charakter dyskusji wpisała się doskonale reklama kart płatniczych VISA z Billem Shannonem. Lekarze patrzyli na człowieka poruszającego się o kulach z niemałym zainteresowaniem. Zastanawiali się, czy to w ogóle możliwe, by można było tańczyć w ten sposób, a może jest to komputerowo wspomagana animacja. Znając tę reklamę wcześniej, mogłem aktywniej zaistnieć w rozmowie. Opowiedziałem więc lekarzom historię Billa (http://en.wikipedia.org/wiki/Bill_Shannon), mówiłem o chorobie, na którą cierpiał od urodzenia, próbach jej leczenia, a wreszcie o tym, jak znalazł sposób na radzenie sobie z jej nieusuwalnymi konsekwencjami. Taka historia z medycznym tłem wyraźnie wydała się lekarzom interesująca. Zaczęły się dywagacje o etiologii schorzenia Billa oraz o zmianach, które musiały zajść w jego stawach, by mógł poruszać się w tak charakterystyczny sposób i uczynić z tego metodę autoekspresji. Moje zadowolenie z tego, że mogłem dostarczyć lekarzom nowych, inspirujących informacji, nagle stopniało, kiedy przez jednego z nich zostałem, jako przedstawiciel branży reklamowej, wywołany do tablicy pytaniem: „No dobrze, ale co to ma wspólnego z kartą kredytową?”.

Mgliste tłumaczenie dotyczące tego, w jaki sposób można odczuwać pewien rodzaj wolności, korzystając z zaklętego w plastikowy kartonik nieskrępowanego i obfitego źródła możliwości finansowych, podobnie jak wolność odczuwa Bill Shannon, nie trafiło na podatny grunt. Lekarze byli pragmatyczni i stwierdzili, że to żadna wolność, jak i tak trzeba to wszystko spłacić. Co więcej, byli nieco zbulwersowani porównaniem wolności człowieka, który cierpiał wiele lat z powodu wrodzonej choroby, do umownej wolności finansowej oferowanej posiadaczom kart. Dalsze dywagacje o pieniądzach i rzeczach, które można za nie nabyć, jako o postmodernistycznym sposobie autoekspresji unikalnym dla każdego z nas, a ilustrowanym przez wyjątkowy i nieskrępowany sposób poruszania się artysty, nie miały najmniejszych szans. Lekarze byli zupełnie niepodatni na pseudosocjologiczny i niby-artystowski bełkot. By nie pogrążać się głębiej, sięgnąłem po psychokulturową interpretację Marka Staniszewskiego (http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/03/visa-finansowy-inwalida-cz...), mówiącą, że człowiek o kulach, który dla mieszkańców kraju nad Wisłą jest postacią zupełnie anonimową, to symboliczne ujęcie kryzysu całej branży finansowej. Jako psycholog dodałem, że Freud stwierdziłby zapewne, że nieświadome przedarcie się tego symbolu do koncepcji komunikacyjnej jest, niczym zachowanie omyłkowe, przejawem wewnętrznego konfliktu (po stronie agencji?), a może nawet lęku (po stronie klienta?).

Psychoanalityczna interpretacja jest najczęściej odbierana jako żart (już Freud by powiedział, dlaczego tak jest!), więc i tym razem lekarze byli bardzo rozbawieni, a uznając, że dowcip był moim zamysłem, zostałem zbiorowo odwołany od tablicy, a reklamę uznano za pozbawioną sensu.

Dla mnie jednak w interpretacji tej była pewna prawda, która miała potwierdzić się, kiedy wieczorem wracałem ze spotkania. Najpierw w witrynie jednego z banków, który za oceanem cierpiał z powodu męki kryzysu , spostrzegłem reklamę pozwalającą pozostać mi w kontekście medycznego spotkania. Plakat przedstawiał tablicę, jaką możemy spotkać w gabinetach okulistów. Odczytuje się z niej litery, które im bliżej dolnej krawędzi tablicy, tym są mniejsze, a lekarz na tej podstawie może stwierdzić, jaką wadę wzroku ma pacjent. Reklama zaś skonstruowana była tak, by na górze, tam gdzie litera jest na tyle wielka, by klient o słabszym wzroku mógł dostrzec ją z daleka, widniała cyfra i znak „%”. Pod spodem, w sposób jeszcze czytelny, umieszczono informacje, co to za produkt bankowy. Im mniejsze jednak stawały się litery, tym więcej ograniczeń, kruczków czy asteriksów w tekście. By je dostrzec, trzeba było podejść już bardzo blisko witryny banku. Czy po to, by pracownicy mogli dobrze zobaczyć, jak klient odwraca się na pięcie, przeczytawszy kolejny warunek uzyskania początkowej obietnicy (taki, którego na ogół nie spełnia)?

Co to ma wspólnego z mknącym przez miasto o kulach Billem Shannonem? Freud byłby pewien, że reklama okulistyczna to także reklamowe przejęzyczenie, przedarcie się do koncepcji komunikacji dokładnie tego, o czym banki wiedzą, że klientów najbardziej irytuje: trudno dostrzegalnych ograniczeń oferty. A klientów reklama irytuje w coraz większym stopniu (http://www.omdmetrics.pl/?mod=wir). By wyrwać się z tych psychologicznych rozmyślań w kontekście „medycznych” reklam finansowych, wracając metrem do domu, zacząłem przeglądać Newsweek. Wyrwać się nie było mi dane, a sprawcą okazała się znów reklama VISY przedstawiająca rysowany białą linią wykres mający szczyty i dołki o coraz mniejszej amplitudzie. Nie tylko fani Dr. House’a czy Chirurgów wiedzą, że taki wykres wyświetlony na aparaturze monitorującej akcję serca chorego pacjenta (http://www.youtube.com/watch?v=ew6Jp74vaN4) dobrze nie wróży. Zazwyczaj, po serii coraz niższych szczytów i coraz płytszych dołków następuje znany ze szpitalnych seriali ciągły, piszczący dźwięk, a linia akcji serca staje się niepokojąco płaska. W reklamie również linia łamana przechodzi w poziomą prostą, a na płaskim już odcinku wykresu pojawia się karta płatnicza. Wymowne.

Szczyty i dołki to w tej reklamie nasze większe i mniejsze zakupy. Karty kredytowe i ich nieodpowiedzialne użytkowanie to w finansowej rzeczywistości choroba, która niczym miażdżyca trawiła zdrowy krwioobieg amerykańskiej gospodarki, doprowadzając do zatoru jednej z głównych tętnic. Symbole nie stoją tu po stronie reklamowanego produktu.

Niezależnie od tego, czy konflikt między rzeczywistością finansową a rzeczywistością reklamową banków i instytucji finansowych znalazł swoje nieświadome ujście w koncepcjach reklamy, czy też przejawia się w stronniczym ich przeze mnie dostrzeganiu i interpretowaniu, pokazuje to, że konflikt ten trwa w nas nadal, badania zaufania do instytucji finansowych nie kłamią, a szkód wyrządzonych przez kryzys nie da się zamieść pod dywanik głośnej (choć wciąż niewyraźnej) komunikacji. Za swoje psychologiczne (nad?)interpretacje zostałem zresztą ukarany chwilą stresu już następnego ranka. Kiedy wyszedłem do zaparkowanego samochodu, zobaczyłem niepokojąco wyglądający papierek, który sterczał zza wycieraczki. Sięgałem po niego pewien, że to mandat, zwłaszcza, że samochody obok również były w podobny zaopatrzone. Była to jednak, niepokojąca niczym mandat, a przypominająca formą telegraf, reklama jednego z banków kredytowych… Zirytowany zgniotłem papierek i wyrzuciłem do kosza. Stwierdziłem, że chyba skończę te psychologiczne interpretacje finansowych reklam, bo wychodzi mi z nich paranoicznie, że ktoś nieświadomie chce ukarać mnie – konsumenta za bankowy kryzys. Ukarać mandatem.

Bartosz Szymczyk (Search Planner)

Kolejna szansa...

Recesja może być szansą, także dla budowania marek. Największy potencjał recesji tkwi w ludzkiej naturze: w obawach, nadziejach, przewartościowaniu świata.

Obawy i strach przed tym, co się może wydarzyć, skłaniają wielu marketerów do redukcji wydatków marketingowych. To świetna szansa. Jeśli konkurencja przestaje wspierać swoje marki, to należy utrzymywać wydatki reklamowe (czasem wręcz je zwiększać). Pozwala to powiększać udziały rynkowe. Ludzie kupują chętniej to, co znają lepiej.

Podczas recesji wiele materiałów, usług, kosztów poddostawców tanieje. Warto to wykorzystać. Taka okazja zdarza się nieczęsto. Kto posiada gotówkę, może dziś kupić więcej i taniej.

Nadzieja, że każda recesja kiedyś się musi skończyć, skłania ludzi do innego myślenia o przyszłości. Zanim ona jednak nadejdzie, lubią sobie poprawić humor i zadbać o dobre samopoczucie. Wiele kategorii ma świetną okazję pokazać swoje prawdziwe oblicze: kosmetyki, słodycze, używki świetnie poprawiają nastrój. Warto wykorzystać wzmożony popyt na nie.

Przewartościowanie to skutek refleksji. Ludzie zaczynają się zastanawiać, co jest dla nich naprawdę ważne, co posiada wartość, czego rzeczywiście potrzebują do życia, a bez czego mogą się obyć. Marka, która wczoraj reprezentowała kaprys czy ostentacyjny zbytek, dziś może znaleźć się w poważnych opałach. Wielu konsumentów chętnie zwróci się w stronę marek, które nabierają charakteru „nauczycieli oszczędnego stylu życia”. Równocześnie otwiera się pole dla nowych marek – które zaoferują „złoty środek” w relacji ceny do wartości.

Przykładem może być kryzys paliwowy w Stanach Zjednoczonych (lata 70.), który przyczynił się do powstania nowych marek i przewartościowania wielu kwestii związanych z marketingiem i zarządzaniem. Filozofia minimalizacji kosztów w połączeniu z zapewnianiem maksymalnej satysfakcji klientów (powstają wówczas takie marki, jak: Southwest Airlines, Wal-Mart czy United Utilities) wymagała ustalenia tego, co jest kluczowe, najistotniejsze w usłudze/produkcie dla użytkownika, co jest tą magiczną „jakością”, która daje zadowolenie. Recesja to zawsze szansa, by ponownie zastanowić się, gdzie leży ten „złoty środek”, kiedy nie trzeba oferować „zbyt wiele”, ale jednocześnie nie dajemy „zbyt mało”, a wszystko jest podane „we właściwym miejscu, we właściwy sposób i we właściwym czasie”, czyli po prostu „w sam raz”.

Recesja to okazja dla biznesów, których modele oparte są na minimalizowaniu kosztów połączonym z maksymalizacją satysfakcji klientów.

Nie istnieje jednak uniwersalna recepta na marketingowe działania podczas recesji, ponieważ każda firma, tak jak każdy człowiek, różnie reaguje na stan kryzysu i zagrożenia. Najważniejsza jest szybka diagnoza: jak na recesję reagują kluczowe dla nas segmenty konsumentów/klientów? Czy panicznie redukują wydatki, zwracają się w stronę tańszych alternatyw nawet za cenę jakości? Czy może (są też tacy klienci) dochodzą do wniosku, że warto zakosztować życia pełniej, dopóki są pieniądze?

Dopiero taka analiza pozwala dobrać odpowiednie narzędzia marketingowe: nawet z wyprzedaży można zrobić ciekawe doświadczenie zakupowe, a obniżka ceny może być pretekstem do oryginalnej i emocjonalnej komunikacji marki. Jedyna sensowna porada brzmi więc: wzbudzaj w ludziach pewność, buduj zaufanie, mówiąc o rzeczach istotnych. Skończyły się czasy bezprzedmiotowych, reklamowych przechwałek i pustych obietnic bez pokrycia. Nareszcie – chciałoby się rzec.

Marek Staniszewski; CSO Y&R Brands

 

Komentarz pochodzi z magazynu Brief (http://www.brief.pl/ludzie/opinie/art143.html).

BRAND NEW WORLD – inspirujące przykłady z życia dla marketera i brand managera

Życie/praca/pełnia, czyli jedna praca to za mało

Czy nie macie czasem przejmującego poczucia, że coś wam ucieka? Nieodwracalnie coś tracicie? Trudno nawet powiedzieć co. Uciekający czas? Pędzące nieubłaganie życie? A może po prostu możliwość życia inaczej? Czy nie macie czasem poczucia, że gdyby można było zacząć jeszcze raz, cofnąć się w czasie, to dokonalibyście innych wyborów. Wybralibyście inną szkołę. Inne studia. Inną pracę. Ale nie zrobiliście tego. Ktoś lub coś wybrało za was. Może to byli rodzice, znajomi, a może lęk lub wasze wrodzone lenistwo przed zmianą. Czy czasem nie odczuwacie w pracy znudzenia i tęsknoty za czymś innym? Czy nie marzy się wam jakaś inna praca równoległa do tej, którą zarabiacie na życie? Ale czy ktoś powiedział, że jedna praca jest dana na całe życie... Na szczęście, nigdy nie jest za późno.

Z pomocą przychodzą nam jak zwykle pomysłowi Amerykanie. Co by świat bez nich zrobił? Niestrudzeni pionierzy odkryli, że życie jest za bogate, by się ograniczać do jednej pracy. Zamykać w jednej karierze. Wymyślili slash career, czyli jak dodać coś nowego do swojego życia.

Wszystko za sprawą Marci Alboher. Marci przez lata pracowała jako korporacyjny prawnik. Ale w pewnym momencie zdecydowała się na zmianę. Prowadzi własną kolumnę w „New York Timesie” poświęconą budowaniu kariery. Pisze bloga Heymarci – http://heymarci.com/. Dzięki niemu poznała wielu ludzi. Zauważyła, że dużo osób ucieka przed schematem jednej pracy i wykonuje kilka zawodów równocześnie. Książka Marci „One person/Multiple Careers” stała się manifestem ludzi, którzy nie chcą się zamknąć w wąskiej dziedzinie. Dla których życie jest za bogate, by ograniczać się tylko do jednej pracy. I tak możecie tam znaleźć historie: oficera policji w rezerwie/sprzedawcy mebli/fotografa. Pisarza/scenarzysty seriali/nauczyciela. Prawda, że ciekawe? Na pewno znacie takie osoby. Może spotkaliście je w swoim otoczeniu. Mówi się o nich człowiek orkiestra albo człowiek renesansu. Mają ogromną wiedzę z różnych dziedzin. Swobodnie czują się w różnych tematach. Mają też odwagę rozpoczynania na nowo, gdy tylko usłyszą zew intuicji. W Ameryce mówi się już o efekcie slash. Marci jest jego dobrym przykładem. Jest cenionym mówcą/trenerem/pisarzem. Prowadzi też warszaty creative writing. Równoległa kariera to wybawienie przed nudą, wypaleniem, ale też sprytny sposób na nowe źródła zarobkowania. Na szczęście to nie tylko amerykańska fanaberia, ale też rzeczywistość wielu Polaków. I to nie tylko tych, których życie zmusza do poszukiwania sposobów na związanie końca z końcem.

Dobrym przykładem są autorzy bloga ArtBazaar (www.artbazaar.blogspot.com) – Piotr Bazylko i Krzysztof Masewicz. Jeden z nich prowadzi agencję PR. Ich powołaniem stała się sztuka. Dziś określają się mianem kolekcjonerów. Dekadę temu zaczęli zbierać sztukę współczesną. Totalni amatorzy, wówczas nieznający się na sztuce. Z czasem zdobywali doświadczenie. Uczyli się. Rozwijali. Ich gusty się krystalizowały. Dziś wiedzą, co warto kupić i mieć. Wiedzą, jak nie dać się porwać modzie, która szybko przemija. Wiedzą, jak rozmawiać z marszandami i galerzystami. Sztuka współczesna stała się ich życiem. Codziennością. Jeżdżą na każde targi. Nie przepuszczą żadnej wystawy. Dzięki temu blog ArtBazaar to nieocenione źródło informacji o tym, co dzieje się we współczesnej sztuce. Przez lata prowadzenia bloga, wchodzenia w art world, własnych błędów i porażek, nabrali nieocenionego doświadczenia. Postanowili podzielić się nim z otoczeniem. Wydali z Fundacją Bęc Zmiana „Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej”. Przystępnie napisany przewodnik po sztuce współczesnej. Najlepsze galerie. Wybijający się twórcy. Co robić i czego unikać. Poradnik jest dostępny w wersji elektronicznej na stronie www.bec.art.pl.

Czy czujesz się znudzony swoją pracą? Czy każdego ranka coraz trudniej Ci wstać i wyruszyć do biura? Czy przeraża Cię przewidywalność tego, co robisz? Czy czujesz, że prawdziwe życie jest gdzie indziej? Jeśli większość odpowiedzi jest twierdząca, to zastanów się nad zmianą. Może nadszedł na nią czas. Pomyśl tylko o tym, co naprawdę chciałbyś robić. Co chciałbyś do swego życia dodać? Co tak naprawdę Cię kręci. A potem zrób to. Szkoda życia. Masz je tylko jedno.

Grzegorz Kosson

Bogatego kryzys nie tyka

Luksus dla Polaka to jacht na marinie, mercedes w garażu i antyk w salonie. Bogacze znad Wisły kupują mniej niż do tej pory, ale kryzys traktują bardziej jako wymysł mediów.

Józef Wojciechowski, jeden z najbogatszych Polaków i właściciel firmy deweloperskiej J.W. Construction, ma amerykański pogląd na bogactwo. Żeby być bogatym w USA, trzeba mieć samolot. To 50 mln dol. Trzeba mieć też statek za 20 mln dol., żeby dotrzeć wszędzie tam, gdzie samolotem czy samochodem się nie da. No i trzeba mieć dom przynajmniej za te 20 mln dol. Plus, rzecz jasna, trzeba mieć za co to utrzymać. To jakieś 5 mln dol. rocznie. Sam Wojciechowski samolot, dom i statek ma.

Osób w jego sytuacji w Polsce jest dosłownie garstka. Niewiele więcej stać na dostępny w delikatesach Alma koniak Hennessy X.O Mathusalem za 55 tys. zł (butelka mieści w sobie sześć litrów, jeszcze jej nie sprzedano) czy tańszy Richard Hennessy za 9,9 tys. zł, bądź wino Chateau Petrus za 7450 zł.

Zgodnie z raportem "Luksus w czasach kryzysu" zrobionym przez Grupę IQS na zlecenie GolfProperties.pl osób, które stać na luksusowe życie, jest jednak w kraju ponad milion.

Za bogatego badacze uznali singla, który zarabia 7 tys. zł na rękę, parę, której dochód to 6 tys. zł na głowę bądź rodzinę (5 tys. zł na jedną osobę).

Bogatych kryzys nie bierze. Owszem, niemal połowa przyznaje, że kupuje mniej niż do tej pory. Ale tylko co czwarty uważa, że jego sytuacja finansowa w ciągu roku się pogorszyła, co trzeci - że... polepszyła!

Twierdzą też, że: • sytuacja finansowa ich znajomych właściwie się nie zmieniła; • kryzys to dobry czas na zakupy (ocenia tak blisko połowa badanych); • przyszły rok stoi pod znakiem zapytania (jedna trzecia uważa, że będzie lepszy niż obecny, również jedna trzecia - że gorszy).

A tak w ogóle są przekonani, że media wyolbrzymiają informacje na temat kryzysu. - Osoby zamożne mają wciąż podejrzanie dobre samopoczucie. Wydaje im się, że kryzys ich bezpośrednio nie dotyczy. Myślą o tym, jak go wykorzystać. Zgodnie ze swoim rozumieniem mechanizmów rynkowych traktują go raczej jako szansę na tanie zakupy, "globalną przecenę" - uważa Marek Staniszewski z agencji reklamowej Young & Rubicam.

To różni zamożnych Polaków od ich amerykańskich czy brytyjskich kolegów, którzy w ostatnich miesiącach masowo tracili pracę w firmach prawnych, doradczych, bankach inwestycyjnych czy mediach. Wielu z nich zrezygnowało z luksusowych domów na rzecz tańszych. Część przeniosła dzieci z prywatnych do publicznych szkół. - W Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z czarną rozpaczą, a w Polsce wciąż panuje optymizm - mówi Staniszewski. - Dopóki sąsiada nie zwolnią z pracy, a znajomy nie będzie pożyczał pieniędzy, Polak nie zauważy kryzysu.

Bogaczom znad Wisły luksus najbardziej kojarzy się z jachtami, dziełami sztuki i drogimi nieruchomościami. Jednak jeśli popatrzymy na to, które marki uważają za luksusowe, to różnica pomiędzy nimi a przeciętnym Kowalskim wcale nie jest uderzająca. Zarówno lepiej, jak i gorzej zarabiający zgadzają się co do tego, że marką luksusową nr 1 jest Mercedes. Drugie miejsce w rankingach obu grup zajął Lexus. Poważna rozbieżność dotyczy Adidasa. Przeciętni Polacy uważają go za markę luksusową, podczas gdy zamożni - już nie. Odwrotnie jest z zegarkami Patek Philippe oraz limuzynami Maybach.

- W Polsce przeciętny konsument aspiruje niewiele wyżej niż zamożny. Podobnie Polacy pojmowali luksus dwa lata temu, kryzys nic nie zmienił - komentuje Staniszewski.

Piotr Miączyński, Vadim Makarenko

Źródło: Gazeta Wyborcza (http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,6754249,Bogatego_kryzys_n... )

frame bottom