frame top

Archiwum Czytelnii: maj 2009

Zysk powinien mieć też wymiar społeczny

Idea CSR została porwana przez wielki biznes i stała się rodzajem figowego listka, zakrywającego nieuczciwe praktyki. Albo koncepcją, którą można się pochwalić w raporcie rocznym. Na szczęście są też firmy, które społeczną odpowiedzialność traktują o wiele poważniej i wpisują ją w DNA swojej marki. Należy do nich Grameen Bank, stworzony przez Muhammada Yanusa, laureata pokojowej Nagrody Nobla z 2006 roku.

Misją tej instytucji jest dostarczenie mikropożyczek biednym mieszkańcom Bangladeszu, którymi ze zrozumiałych względów nie interesują się komercyjne banki. Co ciekawe, Grameen Bank ma najwyższy procent spłaconych kredytów i pożyczek w całym sektorze finansowym, o wiele wyższy niż banki nastawione tylko na zysk. Dzięki mikropożyczkom wielu biednych wychodzi z ubóstwa. Dotąd ci ludzie byli poddani finansowemu apartheidowi i nie mieli możliwości ubiegania się o to, co jest siłą napędową kapitalizmu – czyli o kredyty i kapitał.

Przekonanie, że zysk ma także wymiar społeczny i ekologiczny, wyróżnia również amerykańską księgarnię Better World Books, oferującą książki używane. Trafiają one na ogół na śmietnik lub na przemiał, zostawiając węglowy odcisk na środowisku, choć do ich produkcji wykorzystywano pewną ilość nieodnawialnych surowców i energii. Założycielem księgarni nie podoba się takie marnotrawstwo. Better World Books część zysków przeznacza na specjalny fundusz i akcje promujące czytelnictwo na całym świecie, między innymi w Afryce i w amerykańskich więzieniach.

Społeczna odpowiedzialność biznesu jest ważna szczególnie dzisiaj. Obecny kryzys jest w wielkim skrócie kryzysem zaufania do marek. Czas na nowo zaskarbić sobie zaufanie konsumentów, które zostało nadużyte.

Grzegorz Kosson

“Budowanie świata marki to jedno z zadań marketingu. I tyle.” - wywiad z Markiem Staniszewskim

Wywiad z Markiem Staniszewskim, członkiem zarządu Young & Rubicam Polska i Dyrektorem Zarządzającym BAV Consulting,  przeprowadzony przez Natalię Hatalską dla portalu hatalska.com

 

NH: Czy marka ma dziś jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

MS: Marka jeszcze nigdy nie była tak ważna, jak dziś. Wynika to głównie z efektu obfitości ofert i obietnic, jakie nas (konsumentów) otaczają. Pomimo kryzysu, żyjemy przecież w gospodarce nadmiaru: ilość i różnorodność wariantów i rodzajów produktów czy usług przekłada się na wielość sposobów, przy pomocy których możemy zaspokajać nasze potrzeby. W jaki sposób wybierać spośród takiej różnorodności? Jakimi posługiwać się kryteriami? W tak złożonym otoczeniu żadna decyzja zakupowa nie może być dokonana w sposób racjonalny, a otaczający nas świat możliwości wymaga coraz szybszego podejmowania decyzji – nie możemy stracić żadnej szansy!

NH: Faktycznie, o racjonalności nie może być mowy. Badania wskazują, że 60% decyzji zakupowych podejmowanych jest pod wpływem impulsu.

MS: W sytuacji braku pełnej informacji, musimy podejmować decyzje na podstawie innych przesłanek niż krytyczny, racjonalny osąd.Tak jak Pani zauważyła, coraz więcej decyzji podejmujemy pod wpływem impulsu. Emocje, impulsy, nastawienia czy chwilowe poruszenia popychają nas w kierunku tej, a nie innej oferty. Marki znakomicie się przydają w takim środowisku.

NH: Ale dla konsumentów najważniejsza jest przecież cena…

MS: Co do ceny – takie stwierdzenia padają zawsze podczas badań. Są to puste deklaracje. Co bowiem może powiedzieć normalny człowiek zapytany, czym się kierował, kupując jogurt, odzież czy sprzęt elektroniczny. Przecież każdy chce uchodzić za istotę z gatunku sapiens. Cena, jakość czy dostępność zawsze będą pojawiać się na pierwszym miejscu w deklaracjach. Jak ktoś jednak trafnie zauważył: ludzie nigdy nie mówią tego, co naprawdę myślą i nie robią tego, co mówią…

NH: Co to jest marka w takim razie? Pamiętam kiedyś słynny spór Marka Ritsona z easyGroup - Mark Ritson twierdził, że produkty z ich oferty (easyJet, easyCar etc.) nie są markami, bo jedyne, na co stawiają to cena. Czyją stronę “trzyma” Pan w tym sporze?

MS: Sam spór wydaje mi się bezzasadny więc nie opowiem się za żadną ze stron. Ważne jest nie tylko to, na co stawia marketer, jakie są jego intencje i zamiary, ale także to, co o tym myśli druga strona: nabywca, konsument. Z jednej strony widzimy więc np. budowanie przewagi konkurencyjnej w oparciu o cenę, a z drugiej zestaw skojarzeń, przekonań, nastawień powiązanych ze znakiem towarowym, nazwą, symbolem graficznym. Jeśli zaczyna pojawiać się tego rodzaju relacja, to należy wówczas mówić o marce. Nie istnieje jednak prosta odpowiedź na pytanie czym jest marka, ponieważ marka jest bardzo złożonym zjawiskiem. Jest przecież, nie tylko marketingowym określeniem, ale jako byt symboliczny jest również fenomenem kulturowym, jako np. sposób ekspresji jest zjawiskiem społecznym itp.

NH: Skoro marka to skomplikowane zjawisko, jak w takim razie rozumieć ją w praktyce? To ważne przecież.

MS: Z punktu widzenia potrzeb marketingowych, doskonałym narzędziem do rozumienia marki jest BrandAsset Valuator. Jest to nie tylko badanie, ale przede wszystkim oryginalny paradygmat opisujący markową rzeczywistość. Cztery wymiary (zgodnie z nomenklaturą badania „filary”), na które składa się oryginalność i unikalność obietnicy, jej adekwatność do ludzkich potrzeb, przewidywalna jakość i popularność oraz gromadzone w czasie doświadczenia – dopiero te wszystkie aspekty tworzą i definiują markę.

NH: Czy marketerzy nie przesadzają jednak z tzw. “emotional branding” - wszyscy chcą teraz tworzyć marki, które musimy kochać. Ale czy musimy na pewno kochać margarynę albo proszek do prania? Czy emotional branding nie powinien być zarezerwowany wyłącznie dla produktów z kategorii “lifestyle”?

MS: Kochać można kogoś, a margarynę polecam rozsmarować na bułce i zjeść. To oczywiście absurd i groteska, jeśli mówimy o budowaniu „miłości do marki” w przypadku płynu do czyszczenia toalety, czy preparatu na hemoroidy. Zresztą każdy tzw. branding jest „emotional” ponieważ na tym właśnie polega istota brandingu – tworzone jest pewne nastawienie, a to kwestia głownie emocjonalna. Nie bardzo też wiem na czym – alternatywnie – miałby polegać „rational branding”? Marka, jak Pani słusznie zauważa, w różnych kategoriach pełni różne role. Osobiście bardzo sobie cenię tzw. teorię archetypów - marki zaspokajają nasze nieuświadomione oczekiwania, przyjmując pewne uniwersalne role: „opiekunów”, „strażników”, „uwodzicielek” itp. Rzecz jasna, każda kategoria ma inny archetyp wiodący (co nie jest sprzeczne z tym, że w jednej kategorii może funkcjonować kilka archetypów…). Od linii lotniczych, banku czy towarzystwa ubezpieczeniowego wymagamy przecież czegoś zupełnie innego niż od oleju silnikowego, batonika z czekolady czy wody mineralnej. Podobnie, jak w życiu – oczekujemy różnych, ale raczej wyraźnie określonych ról od różnych ludzi. Przykładowo - ktoś jest autorytetem i specjalistą od ochrony, jego rolą jest nas strzec, a czasem wręcz pouczać. Kto inny zaś ma nas bawić i dbać o beztroski nastrój. O ileż prostsze jest nasze życie, kiedy wiemy, czego i od kogo można się spodziewać! Nie idziemy raczej do lekarza, by opowiadał nam głupawe dowcipy, a wybierając się do cyrku, nie spodziewamy się filozoficznej debaty na temat sensu egzystencji. Oczywiście różne role, funkcje i znaczenia mogą się przenikać, krzyżować i łączyć, jednak „uwodzenie” raczej pozostanie rolą kosmetyków, biżuterii albo słodyczy.

NS: Dlaczego?

MS: Robiliśmy w BAV Consulting analizę 1300 marek badanych w Polsce. Okazało się, że w grupie tych najsilniejszych znalazły się stacje TV, rozgłośnie radiowe, i większość produktów FMCG. W grupie marek najsłabszych głównie brandy usługowe (banki, linie lotnicze, TU, sieci retail). Kiedy na te wyodrębnione zbiory nałożyliśmy archetypy (Y&Rchetypes) okazało się, że w grupie marek najsilniejszych i najbardziej zróżnicowanych dominują archetypy reprezentujące: uczucia, zmysłowość, marzenia, idealizm, energiczność i zmianę. W grupie marek najsłabszych głównymi archetypami były te, które odpowiadają za: wiedzę, myślenie, systematyczność, organizację, ochronę, kontrolę i stabilność. Marki najsilniejsze okazały się więc bazować na emocjach i obietnicy zmiany, marki najsłabsze na racjonalnym wyborze i zachowaniu status quo. Tendencja ta zgodna jest z powszechnymi w marketingu klasyfikacjami produktów i usług zgodnie z ich rolą, przeznaczeniem, ryzykiem zakupowym, wagą gwarantowanej jakości i sposobem podejmowania decyzji. Niby nic nowego. Okazuje się po prostu, że im lepiej marka potrafi odczytać nasze oczekiwania i potrzeby w kontekście produktu, usługi, która się pod nią kryje, tym większą ma szansę na sukces. A od różnych produktów po prostu oczekujemy różnych rzeczy…

NH: Ostatnio bardzo popularny jest też termin “brand experience”. Co on konkretnie oznacza i skąd jego wielka popularność obecnie? Doczekaliśmy się nawet experiential marketingu przecież. Czy doświadczenie z marką nie było ważne zawsze?

MS: Z rozkoszą wpisuję to pojęcie na listę naszej gry pt. „Strategy Bullshit Bingo”. A, poważnie - rozumiem ideę planowania doświadczeń konsumenta na wielu poziomach obecności w różnych punktach kontaktu, działając na wiele zmysłów. Budowanie świata marki to jedno z zadań marketingu. I tyle.

NH: Czy w takim razie w Polsce stosuje się strategię marki? Czy nie jest tak, że w Polsce brand menedżerowie zajmują się przede wszystkim komunikacją?

MS: O strategii marki wiele się wciąż jedynie mówi, jak o każdej strategii. I nie tylko w Polsce. Jednak widać wyraźny progres w myśleniu strategicznym. Polskie marki prowadzone są coraz rozważniej i coraz częściej w oparciu o długoterminową wizję. To efekt krzywej uczenia się. Wystarczy jeszcze jedno, dwa pokolenia, 40-50 lat doświadczeń i będzie naprawdę dobrze. Nie mówię tego cynicznie. Czas to najważniejsza zmienna w marketingu.

NH: Odnoszę też wrażenie, że BM tworzą marki jakby obok konsumentów. Owszem, mają dostęp do badań, statystyk, danych etc., ale żyją w zamkniętym świecie i nie do końca wiedzą, jak konsumenci korzystają z ich marek, co naprawdę o nich myślą. Mało jest marek, które prowadzą prawdziwy dialog z konsumentem (ostatnio tę strategię zaczął stosować Windows - zaskakujące! - launch WIndows7 oparty jest na dialogu z użytkownikami). Dlaczego BM boją się rozmawiać ze swoimi konsumentami? A może nie boją się, a to wycofanie spowodowane jest czymś zupełnie innym?

MS: Rozmowa z konsumentem, jak każdy rodzaj sensownego dialogu jest niezwykle trudną sztuką. Może być także sztuką śmiertelnie niebezpieczną – wszyscy pamiętamy, jak skończył Sokrates, który zachęcał do rozmów na agorze…J Przede wszystkim dialog zakłada pewną minimalną otwartość po obu stronach i dobrą wolę. Zakłada też poczucie własnej wartości, posiadanie jakichś przekonań. Jeśli jedna ze stron nie spełnia tych warunków, to mamy do czynienia z monologiem, przemocą słowną, paternalizmem albo dyktaturą poglądów. Prowadząc dialog, trzeba być również przygotowanym na to, że to, co mówimy może być poddane ostrej krytyce, jeśli nie mamy dobrych argumentów, to mamy poważny kłopot…

NH: Jak ocenia Pan w takim razie obecny na rynku internetowym trend tworzenia wielu niezależnych marek (odrębnych serwisów w domenach .pl)? Czy te serwisy w ogóle można uznać za marki? Czy raczej mamy tu do czynienia ze strategią Starbucksa (otwieram kilkadziesiąt kawiarni na małym obszarze, a po roku bez skrupułów zamykam te, które nie przynoszą zysku?)

MS: Internet tworzy doskonałe warunki do eksperymentowania. Nazywam to strategią dywergencji – najlepiej opisał ją Karol Darwin. Jeśli posiadamy odpowiednie zasoby, to nie tylko można, ale wręcz należy tworzyć tu jak najwięcej odmian, wariantów, nowych podmiotów. Następnie je obserwować. Likwidować to, co nie działa, udoskonalać i znowu różnicować, to co zapowiada się obiecująco. To jedyna szansa nie tyle na sukces, co na przetrwanie. Który z tych serwisów będzie marką? Nie mam pojęcia. Sami użytkownicy o tym zdecydują, oceniając w działaniu funkcjonalność, wygodę, prostotę, praktyczność itd.

NH: Przy okazji – na początku kwietnia Starbucks otworzył w Polsce swoją pierwszą kawiarnie. Na Zachodzie marka ta boryka się obecnie z problemami, a w Polsce jest synonimem luksusu. Skąd ta różnica w podejściu?

MS: Wydaje mi się to proste: wciąż jesteśmy daleko w tyle w wielu dziedzinach codziennego życia za Europą Zachodnią czy USA. Ciągle tęsknimy za prawdziwymi autostradami, politykami z klasą i innymi objawami tego, co nam się wydaje „cywilizowanym” sposobem życia…O marce Starbucks nie chciałbym za dużo mówić – poświęciłem jej niemal cały rozdział książki „Strategiczny podstęp”, która niebawem ukaże się na rynku.

NH: Ok, w takim razie jakie znaczenie mają marki podczas recesji? Czy w trudnych finansowo czasach marki powinny zmieniać swoją strategię?

MS: Dziś marki jako instytucja przeżywają poważny kryzys zaufania (wiele ciekawych rzeczy powiedział na ten temat John Gerzma w „Brand Bubble” – warto odwiedzić jego bloga). Nadmuchana bańka obietnic zaczyna pękać coraz głośniej. Ludzie zorientowali się, że marki posiadły biegłość w wodzeniu na pokuszenie, jednak omamieni obietnicami zamiast obiecywanych cudów coraz częściej znajdowali pośledniej jakości chińską produkcję, w dodatku coraz gorzej opakowaną. Podstawy wymiany handlowej wciąż oparte są na zaufaniu i wartości – jeśli nie ma wartości, to nie ma szansy na zbudowanie marki… W sytuacji zmiany trzeba umieć się odnaleźć i adaptować do otoczenia. Należy więc zmieniać strategię – od tego właśnie jest przecież strategia i tym się różni od planowania. Elastyczność i zdolność reakcji zawsze musi być wpisana w strategiczne myślenie.

NH: A co z markami luksusowymi?

MS: Marki luksusowe? Jeśli ich obietnice są prawdziwe, takimi pozostaną, jeśli nie, to pojawią się nowe… Punkty aspiracji wciąż zmieniają swoje położenie, wczoraj „odrobiną luksusu” było pachnące mydło, a dziś np. możliwość NIEużywania telefonu komórkowego i czas wolny…

NH: Jak według Pana będzie wyglądało zarządzanie marką w przyszłości? W 2012, 2120, czy 4000 roku?

MS: Nie wiem. I nikt tego nie wie. Na szczęście nikt jeszcze nie wynalazł skutecznej metody przewidywania przyszłości. Może w ogóle nie będzie marek? Albo zarządzania? Bawiąc się jednak we wróżkę i zakładając, że kapitalizm nadal będzie dominantą gospodarczą, a rosnąca moda na ekologię, fair-trade i zrównoważony rozwój nie doprowadzą w konsekwencji do zakazu rentownej działalności gospodarczej, to zarządzanie marką będzie polegało na tym samym, na czym polega dziś: na zwiększaniu zysku poprzez łączenie dobrego produktu z opowiadaniem ludziom ciekawej historii na jego temat. Zarządzanie marką coraz bardziej przesuwa się w stronę zarządzania znaczeniem marki, jej symboliką, budowaniem metafor i rozciąganiem ich wokół określonej funkcjonalności zakotwiczonej w produkcie. Wymaga to coraz większej zręczności w łączeniu „twardej” wiedzy biznesowej z głębokim rozumieniem ludzkiej natury i motywów naszego postępowania. Intuicja będzie coraz ważniejsza, stąd jedna różnica, która da się zauważyć na pierwszy rzut oka to ta, że marketing zostanie zupełnie zdominowany przez kobiety…

NH: Marki, które lubi Pan najbardziej? I dlaczego?

Najbardziej lubię: Zippo, Nokia, Google, WOŚP i chyba właśnie Starbucks. Dlaczego? Bo nigdy się na nich nie zawiodłem.

BRAND NEW WORLD, czyli nowy wspaniały świat − inspirujące przykłady z życia dla marketera i brand managera

Często mówimy, że marki są jak ludzie. Dobrze wiemy, że marki są tworzone przez ludzi dla ludzi. Ucieknijmy na chwilę od marketingu. Reklamy. Marek. Prawdziwe życie jest gdzie indziej. Pochylmy się na chwilę nad ludźmi. Cały świat. Różne historie. Różne pomysły na życie. Przykłady, które pomogą zejść z dobrze wytyczonego szlaku. Zainspirują do spróbowania czegoś nowego. Poznajmy historie, które pokazują, że ludzka kreatywność nie zna granic. Te przykłady można z powodzeniem wykorzystać w codziennej pracy z marką. Bo marki są przecież jak ludzie...

Rzeka, która dzieli

Moja rodzinna Warszawa jest bardzo specyficznym miastem. Miastem niepodobnym do innych. Ma coś, czego nie spotka się w Londynie, Berlinie, Paryżu. Czy nawet Pradze, Wrocławiu lub w Krakowie. To miasto, które mimo tego, że leży nad rzeką, jest od niej całkowicie odwrócone plecami. A przecież kiedyś było inaczej. Niespełna sto lat temu rzeka i jej brzegi tętniły życiem. Do brzegu dobijały rybackie łodzie. Piaskarze wysypywali zebrany z dna piasek. Całe rodziny udawały się na odświętne spacery bulwarami. Rzeka karmiła. Dawała pracę. Radość. Ochłodę i wytchnienie latem. Okazję do spotkania ze znajomymi. Dziś brzmi to jak SF, ale tak było. Porty i przystanie pełne były łódek. Barek. Statków. Miasto żyło z rzeką. Rzeka była z miastem. Warszawa ma jeszcze jedną cechę, która wyróżnia ją spośród innych miast. To miasto cierpi na brak dobrego zarządzającego. Tylko dwóch ludzi w jego historii patrzyło w przyszłość i miało wizję. Pierwszym był Starynkiewicz – carski prezydent miasta. Zbudował filtry i system kanalizacyjny. Drugim nieodżałowany, zamordowany przez hitlerowców prezydent Starzyński. Ten brak wizji jest dziś bardzo odczuwalny w jakości codziennego życia.

Ja Wisła, czyli miasto me widzę nad rzeką

Niektórzy z was może go już znają. Poznali jego historię w prasie. Oglądali wywiady w telewizji albo uczestniczyli w akcjach Fundacji Ja Wisła. To Przemek Pasek. Człowiek, który zmienia podejście warszawiaków do rzeki. Przywraca Wisłę Warszawie. Wraz z innymi zapaleńcami stworzył markę Ja Wisła – www.jawisła.pl. Najfajniejszą fundację w mieście. Co ciekawe, zrobił to całkowicie z niczego. Siłą swojego entuzjazmu.

Wszystko zaczęło się pozornie przypadkiem. Od jednego spaceru brzegiem Wisły. A właściwie kupy żelastwa wystającej z wody. Ktoś inny zobaczyłby tylko wrak. Przemek Pasek zobaczył Port Czerniakowski tętniący życiem. Pełen ludzi. Gwaru. Imprez. Całkiem inny niż miejsce, które codziennie mijasz, jadąc Wisłostradą. Przemek to człowiek wody, żeglarz. Wychowanek sekcji żeglarskiej Pałacu Kultury. Zna rzekę. Zna jej historię. Potrafi o tym opowiadać jak mało kto. Tak się zaczęło. Na początku na dziko. Na wariata. Partyzancko. Ale z wiarą w to, co się robi. Z wizją i pewnością kierunku, w którym się zmierza. I bez zważania na wszystko inne. Okazało się, że wrak to barka i ma swojego właściciela − Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. Przemek przekonał ich, żeby sprzedali mu barkę za symboliczną złotówkę. Barka została podniesiona z wody i przy pomocy znajomych przeniesiona na brzeg. Nazwano ją „Herbatnik”. Barka szybko stała się miejscem dzikich najlepszych imprez w mieście. Koncerty zespołów. Przedstawienia grup teatralnych. Pokazy filmów. W każdy piątkowy wieczór gromadziła ludzi, którzy niewybraliby się nad Wisłę nawet na spacer z psem. To był dopiero początek. Przemek zaczął gromadzić stare filmy edukacyjne na 16 mm tworzone za PRL-u. Wiele z takich filmów po likwidacji placówek, bibliotek trafiało po prostu na śmietnik. „Herbatnik” stał się miejscem seansów, pokazujących świat, który już odszedł. Warszawiacy nie chodzą nad Wisłę, bo jej nie znają. Nie wiedzą, jaką ważną rolę pełniła kiedyś w życiu miasta. Przemek i jego znajomi postanowili to zmienić. Wystartowali z serią spacerów edukacyjnych brzegiem rzeki. Później dołączono do nich rowerowe wyprawy i spływy kajakowe. Co roku uczestniczy w nich ponad 10 tysięcy mieszkańców.

Odzew, z jakim spotkały się wszystkie incjatywy, wymagał ram formalnych i zmian organizacyjnych. W 2005 roku Przemek powołał Fundację Ja Wisła. Poświęcił się w całości wizji, która go porwała. Ja Wisła ma wszystkie cechy, jakie powinna mieć wyrazista marka. Ma swoją opowieść, która porywa i nie pozostawia obojętnym. Ma swój mityczny początek, miejsce i rzecz, od których się wszystko zaczęło. Jest tu charyzmatyczny ojciec założyciel i entuzjastyczni wyznawcy. Ale co najważniejsze, ma swój ponadczasowy cel, któremu podporządkowane są wszystkie działania – przywrócenie Wisły Warszawie. Ten cel rodzi poczucie przynależności do czegoś większego niż ja sam. Tworzy więzi. Marka jest otwarta na oddolne działania i nowe incjatywy, z którymi każdy może do niej przyjść. Należy do wszystkich, którym bliska jest Warszawa.

Ja Wisła − wartości

Autentyczność – żyjemy w skonwencjonalizowanym, przewidywalnym otoczeniu. Brakuje nam autentycznych przeżyć i pogłębionej refleksji. Spotykamy się z ludźmi po to, by wymienić usługi, a nie poznać prawdę ich życia. Kim jestem? Jaki jest mój cel? Co daję otoczeniu? Czego zabraknie, gdy odejdę? To pytania, które rzadko rodzą się w naszej codzienności. Rzadko spotykamy ludzi, którzy głęboko wierzą w to, co robią. I swoją wiarą zarażają innych.

Wspólne działanie – gdy twoje cele są wielkie, a środki ograniczone, musisz znaleźć sojuszników. Wciągnąć i zaangażować otoczenie. Zarazić ich do swojej idei tak, by poczuli, że to także ich sprawa. Tak działa Ja Wisła. Wspólne działania zbliżają. Łamią bariery. Znoszą granice. To, co zrobiliście, zaczyna was łączyć.

Obywatelska postawa – lata zaniedbań w sprawie Wisły doprowadziły nie tylko do tego, że zamarła żegluga, a brzegi porosły chaszczami. Samo pojęcie przyjaznej rzeki i portów rzecznych zniknęło z języka warszawiaków. Miasto i jego mieszkańcy przyzwyczaili się do takiego stanu rzeczy. Aby to zmienić, potrzebne są radykalne działania. Fundacja wierzy w oddolną incjatywę. Nie ogląda się na ratusz, by coś zmienić. Mimo że miasto jest partnerem większości akcji i wspiera fundację. To dzięki wsparciu swoich aktywistów i zarażonych ideą warszawiaków przystępuje do akcji.

Edukacja – w Fundację Ja Wisła jest wpisana aktywność edukacyjna. Ja Wisła przybliża warszawiakom historię miasta i jego rzeki. Tylko tak można doprowdzić do zmiany postaw. Wiedza, że kiedyś miasto żyło ze swoją rzeką, działa ożywczo. Temu służą spacery, rajdy rowerowe i spływy kajakowe.

Komunikacja z otoczeniem

Nowoczesne technologie dają przewagę. Na samym początku informacje o imprezach Przemek przesyłał SMS-ami ze swojego telefonu. Ale szybko odpadły mu ręce. Dziś fundacja przesyła newsletter. Na liście mailingowej jest ponad 2000 osób i liczba ta rośnie po każdej akcji. Ale siła marki Ja Wisła tkwi w czym innym. W bezpośrednim kontakcie z marką i wpisywaniu jej w doświadczenia uczestników akcji. Czy to spływy kajakowe, rajdy rowerowe, znakowanie nadwiślańskiego rezerwatu, czy koncerty każda akcja daje mi sposobność spotkania się z innymi. Wyjścia ze swojej małej norki. Tworzy więzi. Ja Wisła, jak każda wielka marka, wprowadza w codzienne życie poczucie sensu i celu. Głęboko wpływa na otoczenie. Gdy tylko zaczniesz chodzić na akcje fundacji, to tylko myślisz, kiedy znów będzie następna. Nie możesz się jej doczekać. Pamiętam, gdy kiedyś zabrałem swojego pięcioletniego syna na akcje robienia tratewek dla kaczek. Trudno jest go odciągnąć od komputera albo telewizora. Ale gdy tylko zobaczył na czym to polega, złapał bakcyla. Następnym razem poszliśmy na sprzątanie śmieci z praskiego brzegu. Był dzielny. Wytrzymał prawie dwie godziny. Mimo tego, że przypadł nam ciężki odcinek obozowisk bezdomnych.

Akcje Ja Wisła świetnie wpisują się w schemat marketingu doświadczeń. Działają na wszystkie zmysły. Zmuszają do aktywności. Dają do myślenia. Aktywność fundacji jest ogromna. Oto kilka jej przykładów. Więcej na stronie www.jawisla.pl

Kino Most to plenerowe projekcje pod mostem Łazienkowskim na Cyplu Czerniakowskim. To opuszczone miejsce ożywa w każdy piątkowy wieczór. Na białym ekranie rozpiętym między przęsłami mostu można zobaczyć polskie, radzieckie, enerdowskie, bułgarskie filmy dokumentalne. Podróż w czasie do lat 60., 70., 80. Czasem śmieszna. Czasami smutna.

Barka „Herbatnik”

W każdy sobotni wieczór zapalają się światła Portu Czerniakowskiego. Przy nich odbywają się cykliczne koncerty śpiewaków, muzyków folkowych, jazzowych i rockowych.

Spływy kajakowe – dolinami rzek

Sobotnie wakacyjne spływy służące poznawaniu rzek Mazowsza. Nie wyjeżdzając daleko za miasto, możesz się poczuć, jakbyś był na wakacjach. Cały dzień w kajaku. Wieczorem powrót do miasta.

Rajdy rowerowe

Na rowerze w trudno dostępne nadwiślańskie rejony. Przybliżanie mało znanych, a niewykle cennych przyrodniczo, rejonów dorzecza Wisły. Prawda, że całkiem dużo jak na jeden spacer nad Wisłą i kawałek wystającego żelastwa? Przykład Ja Wisła pokazuje, jak przy pracy z marką ważna jest wizja. Ta wizja nadaje kierunek codziennym działaniom. W waszym otoczeniu na pewno są tacy ludzie jak Przemek. Żyją gdzieś w waszym mieście lub regionie. Pomóżcie im zmieniać świat na lepsze. Potrzebujemy tego. Wszyscy.

Grzegorz Kosson, Marketing w Praktyce 2008

frame bottom